1. Poszukiwany

250 5 18

  Tym razem wyjątkowo napisze coś na początku. Jest to projekt, który wraz z YourLastWhisper znanym jako Kaźmirz, przygotowujemy już od jakiegoś czasu. Kaźmirz jest pomysłodawcą postaci, a wspólnie obmyśliliśmy fabułę osadzoną w alternatywnej wersji wydarzeń znanych z komiksów Archiego. Dla tych, którzy ich nie czytali - nie martwcie się! Będziemy się starać wszystko rozjaśniać. To mniej więcej tyle, zapraszam do czytania :)



Za okładkę raz jeszcze dziękuje RepublikaSera  
<3 Zajrzyjcie do jej innych prac  :D 



Mobius, rok 3236. Planeta jest dewastowana przez trwającą wojnę z Imperium Eggmana. Kryzys polityczno-gospodarczy spowodowany wojną coraz bardziej się nasila. Nastroje pośród wojsk Mobian oraz cywili są coraz gorsze. Iskierka nadziei na odbicie planety z rąk szaleńca drastycznie spadła po tym, jak bohater Mobiusa, Jeż Sonic, zniknął w odmętach kosmosu, w wyniku własnego poświęcenia, zostawiając planetę w szponach szalonego naukowca. Morale spadają z dnia na dzień. Jedyne osoby które były w stanie stawić opór Imperium są w poważnym osłabieniu. Wszystkie siły musiały skupić się na defensywie bez żadnej możliwości ataku. Członkowie zgrupowania Freedom Fighters, organizacji najdłużej walczącej z szalonym doktorem, w wyniku tej poważnej straty jaką była utrata Sonica, stracili jeszcze jednego towarzysza - młodego technika i genialnego naukowca Milesa "Tailsa" Prowera. Z listu którego im pozostawił wynikało, że już nie darzy grupy szacunkiem, i zamierza samodzielnie dążyć do wyzwolenia planety spod okowów tej szalonej wojny.


Sytuacja zdawała się być beznadziejna, ale nagle wszystko zwolniło. Z niewiadomych przyczyn, Eggman przerwał ofensywę i na froncie zapanował choć chwilowy spokój. Ale wtedy pojawił się nowy gracz. Nikt nie wiedział kim jest, ani po jakiej stronie się opowiada. Wiadomo tylko, że w wyniku podejrzanych zdarzeń w jednej z baz Imperium Eggmana, przejął kontrolę nad placówką wydobywczą.

Wspomnianymi podejrzanymi wydarzeniami był zamach na szefa tamtejszej placówki. Dla Beauregarda Rabbota dzień zapowiadał się być spokojny. Jednak, gdy słońce chyliło się ku horyzontowi do obozu przybył tajemniczy jegomość. To co tam zrobił wstrząsnęły okolicą na tyle, że sprawę zaczęli badać Freedom Fighters. Dowodząca nimi księżniczka Sally była zdesperowana by dojść do tego kto za tym stoi. Jedna z jej agentek w końcu dotarła do człowieka, który był świadkiem tego incydentu.


***


- Był wczesny wieczór. Wszystko było jak zwykle. Roboty pracowały przy wydobyciu, najemnicy się upijali w okolicznych barach. Badniki były też spokojne, zrobotyzowały tylko czternaście osób. Istna sielanka, nawet nasz szlachetny przybytek zaliczył bardzo duże zyski. No ale stary Rabbot dał premie wszystkim to trzeba na coś wydać, czyż nie? Ach...no tak, mam wracać to głównego wątku. Cóż, pojawił się jakby znikąd, strzelam że przyszedł bramą górniczą. Kulał lecz nie wyglądał na osobę z problemami natury motorycznej, chociaż pozory mogą mylić co on dobitnie pokazał. Przemieszczał się powoli wystukując laską tylko sobie znany rytm. Chyba nawet nucił... Nie wiem co... Podszedł tuż pod przybytek. Spojrzał na jedną z panien. Nęciła go, nie dał się. Czyli nie przyszedł tu w sprawie takiego ukojenia. Zapytał się jej tylko czy Rabbot jest w środku.  Kazałem całej rodzinie się schować. Instynktownie wyczułem że będzie jakaś burda. Nie myliłem się, dwadzieścia minut później przez główne drzwi wyleciało trzech goryli starego. Wszyscy stłuczeni na miazgę. Zaraz potem dołączył do nich szef. Wyleciał oknem i stanął na prostych nogach kilka metrów od nich. Następnie wyszedł on głównymi drzwiami. Nadal podpierał się laską. Niezły kontrast. Przed nim staruszek trzymający się na nogach tylko dzięki tym protezom . Po drugiej on stosunkowo młody też podpiera się na lasce, chociaż patrząc na to teraz to nie była zwykła laska. Ach no tak.... Gadali ze sobą. Najpierw odezwał się stary Rabbot, zadał pytanie czy FF go przysyła i czy są na tyle odważni żeby odebrać mu życie. Ten drugi na to, tutaj cytuję: "Freedom Fighters nie mieliby nawet tyle odwagi aby wynająć kogokolwiek do brudnej roboty, wie pan "renoma" tego oddziału." Potem zaczął gadać o jakiejś Bunnie, że nie musiała się przyznawać, że sam ją zdemaskował i zapewnił, że jej nie zabił. Potem przeszył go wzrokiem i powiedział "Wiem jakie będzie twoje pytanie. Dlaczego ty? No cóż, ktoś musi zginąć pierwszy. Wypadło na ciebie, jednakże nawet łotr ma honor,wiesz do czego zmierzam?" I wszystko ucichło, każdy kto mógł schował się byleby nie być na głównej ulicy. Obaj stali przed sobą, nawet te oprychy się zwinęły. Kurtyzany wychylały się przez okna byleby zobaczyć wynik tego starcia. Stary od zawsze był trudny do zabicia, ale ten przybysz też wyglądał na twardego. Ułamek sekundy, tyle zajęło im wyciągnięcie broni. O ile staruszek wyciągnął dwa rewolwery i chciał go rozerwać nadmiarem śrutu w jego organizmie to ten drugi...Jakby to powiedzieć. Jedną nogę zgiął, drugą wyprostował, jakby chciał uzyskać mocne oparcie, Za to "laskę" przymocował do pistoletu tak, aby była przedłużeniem lufy. Niestety stary Rabbot dawno nie toczył pojedynków. Zawahał się, wyglądało to jakby rozpoznał w nim kogoś, kogo dawno nie widział. Za to ten drugi...W klatce zrobił mu wielką dziurę jednym strzałem. Potem, po całym rozgardiaszu poszedłem zobaczyć czy to na pewno była kula a nie pocisk przeciwpancerny. Hę...Czy mam łuskę? Tak proszę.

Szepcząc w chaosiePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!