Nowy Jork, miasto... na tyle rozpoznawalne, że nie warto na nie strzępić języka. Szczerze mówiąc nigdy nie śpieszyło mi się z powrotem do tego miasta. Ale mój mistrz kazał mi się tu ukryć na jakiś czas. Załatwił mi nocleg u swojego starego przyjaciela Sprintera. Wujek Sprinter widział mnie ostatni raz kiedy miałam dziewięć lata. Już wtedy był zmutowanym szczurem. Od tamtego czasu pisał do mnie jeden list w każde urodziny. Ciekawe czy mnie pozna? Szczerze w to wątpię.
Powinnam chyba przestać tyle rozmyślać i zacząć szukać Sprintera. Mieliśmy się spotkać na obrzeżach miasta. Szczur spóźnia się już pół godziny.
-Ile można... - Z westchnieniem wyprostowałam się i po chwili ktoś przyłożył mi drewniany kij o szyi.
-Chyba Akiba przecenia twoje zdolności.
-Wierzysz w swoje słowa?
-Nie. Podobno trudno Cię sprowokować, chciałem to sprawdzić.
-Żeby wjechać mi na ambicję trzeba się postarać o wiele bardziej. A teraz jak byś mógł zabrać tego kijaszka. - Sprinter zabrał kij i obrócił mnie w swoją stronę.
-No pokaż mi się tu. Kiedy ja cię ostatnio widziałem? - Mówił lustrojąc mnie dokładnie wzrokiem. - Nie ukrywam, że wyobrażałem sobie Ciebie zupełnie inaczej.
-Nie pasuje ci kurtka z ćwiekami, jeansy z dziurami i glany, czy pudrowo-różowe włosy?
-Kiedyś byłaś blondyneczką. - Mruknął pod nosem. Chyba nie miałam tego słyszeć.
-Więc włosy.
-Nie! Wszystko mi pasuje, ale musisz sama przyznać, że twój wygląd jest nie adekwatny do Twojego charakteru.
-To twoje zdanie. A zresztą. Czy to ważne? To tylko wygląd.
-Masz rację. Może lepiej już choćmy. Wolałbym, żeby nikt nas nie zobaczył.
-Jasne.
Ruszyliśmy. Pszeskakiwaliśmy z dachu na dach, aż mistrz Sprinter nie zeskoczył do jednej z ciasnych uliczek. Skrzywiłam się lekko kiedy zobaczyłam, że podnosi pokrywę od studzienki.
-Coś nie pasuje Słowiczku? - spytał z wrednym uśmieszkiem.
- Wszystko mi pasuje Szczurze. - Uśmiechneliśmy się do siebie. Rozmawiam z nim pierwszy raz od tak dawna, a już widzę w nim mojego wujcia. - Ale nie mów do mnie Słowiku! - Skrzyżowałam ręce na piersi i tupnęłam nogą. Musiałam wyglądać jak dziecko, któremu nie chce się kupić słodkości. Pewnie było to jakże komiczne, bo wywołałam u mistrza śmiech.
Wskoczyliśmy do studzienki. Smród, brud i nie wiem co jeszcze, ale czego tu się spodziewać. To kanał.
-Zapaszek nie zraża?
-Trochę, ale się przyzwyczaje. - Powiedziałam z uśmiechem do szczura co odwzajemnił. - Wujciu Sprinterze?
-Słucham moja droga.
-Pamietałeś mój zapach? - Tak, brzmi to bardzo głupio. Na tyle głupio, że mistrz Sprinter zaczął się dusić ze śmiechu.
-Tak pamiętam. Po nim Cię poznałem. To chciałaś wiedzieć, czy poznałem Cię po zapachu?
-Tak, właśnie to chciałam wiedzieć. - Szliśmy dalej rozmawiając o wszystkim i o niczym. Wujaszek pytał jak tam u mistrza Akiby. Mam nadzieję, że się jakoś trzyma.
Gdy byliśmy już w kryjowce mistrz zaprosił mnie do swojego dojo. Sala była niesamowita. Ja wiem, że będę mieszkać z mutantami, ale żeby drzewo w kanałach wyhodować! Tak czy inaczej w dojo trenowali synowie wujcia, a przynajmniej tak podejrzewam. Pisał mi o nich trochę, ale nawet nie wiem czy choć raz wymienił imię któregokolwiek z nich.
Żaden z synów Hamato jeszcze mnie nie zauważył. Mistrz posłał mi porozumiewawcze spojrzenie, a ja zarzuciłam na głowę purpurowy kaptur od mojej bluzy i schowałam się w zacienionym zakamarku sali. Już w liście Sprinter pisał, że chce sprawdzić czujność swoich uczniów. Akurat lepszej osoby do tego testu nie znajdzie.
-Yamea! - Synowie Sprintera na głos swojego ojca natychmiast zaprzestali swojego treningu, choć ja to wolę nazwać przepychanką i podeszli do swojego mistrza. - Dzisiaj będziemy ćwiczyć wasze zmysły. - Żółwie westchnęły zrezygnowani.
-Ale Sensei! Trenujemy to już od tygodnia! - Jączał żółw w pomarańczowej bandance.
-Znowu jeden z nas będzie miał związane oczy, reszta będzie to atakować i tak na przemian. Ile można?! - Tym razem odezwał się żółw w czerwonej bandanie.
-Tym razem nie będziecie walczyć ze sobą. I uprzedzając wasze pytanie, ze mną też nie.
-Więc z kim? Z własnym cieniem? - Spytał żartobliwie piegowaty żółw.
-Tak... i nie. - Żłówią oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
-Ale jak to?
-Zaraz się dowiecie. To próba. Codziennie inny z was będzie podejmował się tej próby. Nikt was lepiej nie nauczy pozostać czujnym, a zarazem skrytym niż ona. - Czyli mistrz chce ze mnie zrobić swojego pomagiera? Myślałam, że mam się tu tylko ukryć dopóki nie znajdę sobie jakiegoś lokum, ale jak już tu jestem to mogę zrobić coś pożytecznego. - Więc, który pierwszy?
-Ja! - Od razu podniósł się zielonooki żółw. - Jeśli to nie walka z mistrzem to nie ma się czego bać. - Oj chłopcze, nie wiesz co mówisz.
Zawiązano śmiałkowi opaskę na oczach, a reszta jego braci odsunęłam się, żeby zrobić miejsce na pojedynek z "cieniem". Żółw był bardzo pewny siebie, zbyt pewny. To go zgubi.
-Hajime! - Hamato wypowiedział słowa rozpoczynające trening. Kiedy mój przeciwnik był już gotowy do walki, ja pozostawałam dalej w ukryciu i nie miałam zamiaru szybko z niego wychodzić. Niech nabierze trochę obaw.
-Bez jaj! To ma być próba moich zmysłów, czy cierpliwości?! - I to mój moment. W mgnieniu oka znalawłam się za żłowiem. Jego prawą rękę trzymałam tak, że sam przykładał sobie swoje sai do gardła, a drugą wykręciłam mu tak, że spokojnie mogłam przyłożyć splówę mojego pistoletu do jego skroni.
Mojego przeciwnika zamurowało. Mogłam wręcz poczuć jak serce wyskakuje mu z piersi. Był przerażony, ale nie zamierzał tego okazywać. Wykorzystując sytuację i wyzwalając swoją wredną naturę, nachyliłam się nad jego uchem i wyszeptałam.
-Gdyby to nie był trening, leżał byś teraz na podłodze jako zimny trupek. - Zaśmiałam się delikatnie. Chyba trochę sprowokowałam mojego przeciwnika, bo spróbował się wyrwać, ale już po chwili jedną z bólu będąc dalej w mojej uwięzi.
-Yamea! - Puściłam żółwia, a ten od razu padł na podłogę i zaczął uświadamiać sobie co się stało. Na jego twarzy powoli malowała się złość, a ręce zaciskały w pięści.
-Ty! - Z wściekłością rzucił się na mnie z zamiarem przedziurawienia mojej głowy swoimi sai. Szybko omijałam jego ataki choć muszę przyznać, że niewiele brakowało od przedziurawienia mojej ręki.
-Raphael! Starczy! - Sprinter uspokoił swojego syna, który niechętnie zasiadł obok swoich braci.
-E! Piękniś! Kurtkę mi odkupujesz! - Krzyknęłam do żółwia, który tylko powstrzymywał się od kolejnego wybuchu agresji. Coś czuje, że to będzie bardzo ciekawa relacja.
-Dziękuję Ci moja droga. - Powiedział Sprinter posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie. Z westchnieniem zdjęłam z głowy kaptur wypuszczając przy tym moje pudrowe loki.
-Stary! Ta laska spuściła ci lanie. - Usłyszałam rozbawiony głos pieguska, a po chwili został uderzony w głowę przez swojego brata, który dalej przełykał gorzki smak porażki.
-Moi synowie poznajcie proszę Candy.
