28. ,,Ju偶 sprawiasz k艂opoty?''

1K 104 13
                                    

Następny dzień miał być dla Ansy sprawdzianem wytrzymałości zarówno psychicznej i fizycznej, ponieważ z samego rana musiała wstać, by przyjść na trening oddziału Levi'a. Oczywiście, kiedy ona zamierzała nie podpaść na początku, przyszła na czas, to kapral się nie zjawiał. Petra siedziała na niewielkim głazie, a przy niej stał Oluo, który do bólu przypominał swego dowódcę.

Dwóch mężczyzn, Erd i Gunther właśnie ćwiczyli walkę wręcz. Ansa przystanęła obok Petry i z uwagą obserwowała trening. Oluo uśmiechnął się kpiąco, spoglądając z góry na niższą kopię Petry. Poprawił żabot i odchrząknął dość głośno, by dziewczyna na niego spojrzała. Zignorowała go, dlatego powtórzył chrząknięcie.

- Jeśli masz coś z gardłem, lepiej popij wodą - powiedziała Ansa, nie odrywając wzroku od szybkiego chwytu Erda i powalenia na ziemię Gunthera.

Oluo zmarszczył brwi, ale nie tracił pewności siebie. Miał zamiar pogrążyć i upokorzyć tę dziewczynę, z drugiej strony obawiał się reakcji petry, dlatego starał się to zrobić w miarę ,,delikatnie''.

- A ty, dziewczę, czemu nie ćwiczysz?

- Dopiero przyszłam. - Teraz na niego spojrzała.

- Oluo, daj jej spokój - wtrąciła Petra, ale mężczyzna uciszył ją dłonią.

Ansa zmrużyła oczy. Przyjrzała się białemu jak śnieg żabotowi, pedantycznej fryzurze i głupocie wypisanej na twarzy. Westchnęła, rozumiejąc, że miała przed sobą równie irytującą kopię Levi'a, co oryginał. Skrzyżowała ręce na piersiach i przechyliła głowę, udając zainteresowanie tym, co Zwiadowca miał do powiedzenia.

- Dołączyłaś do Oddziału Specjalnego, zatem coś tam potrafić musisz, nie? No dawaj, zmierzmy się.

Erd i Gunther zaprzestali walki i odsunęli się ze swojego miejsca, by ustąpić ,,ringu'' dla nich. Ansa uniosła zdziwione brwi, nie wierząc, czy to się naprawdę dzieje. On chciał z nią walczyć? Przetestować ją? Doświadczony Zwiadowca, będący już niemalże weteranem rzucał jej wyzwanie! Jej - szarej myszce, która jeszcze nigdy nie wyjrzała poza mury.

To nie mogła być sprawiedliwa walka, pokonałby ją bez mrugnięcia okiem. Chyba że był tylko błaznem, który uwielbiał naśladować swego kaprala oraz robić maślane oczy jak dureń do jej siostrzyczki. Nie miała wyboru. Głosy pozostałych, oprócz Petry, zachęcały ją, by stanęła w szranki z mężczyzną.

Nie mając innego wyjścia, stanęła naprzeciw uśmiechającego się do samego siebie Oluo i wyciągnęła ręce. Petra uniosła lekko kąciki ust, natomiast pozostali popatrzyli po sobie. Wydawało im się, że mają przed sobą nowicjusza, który jeszcze nie przeszedł szkolenia. Pozycja, jaką przybrała Aberald nie przypominała tych wyuczonych. 

- Hej, mała, a może najpierw przećwiczymy podstawy? Najwidoczniej nie wiesz, jak należy walczyć...

Nie odpowiedziała.

- Z takimi ,,umiejętnościami'' doskonale nadawałabyś się do Żandarmerii...

Ansa nie mogła wytrzymać takiej obrazy, zapomniała o skupieniu, które wpajał jej wuj i ruszyła wściekła na Bozada, który bez problemu jej umknął, złapał za nadgarstek i ściął ją z nóg, całkowicie powalając.

- Ansa! - zawołała wystraszona Petra.

- Widzisz, dziewczynko... o tym mówiłem. - Oluo rozłożył ręce w bezradności, kręcąc przy tym głową. 

Ansa powoli wstała na równe nogi i uważnie obserwowała protekcjonalne podejście mężczyzny do wszystkiego, zwłaszcza do niej. Sposób mówienia, wygląd... był tak zapatrzony w dowódcę, że kopiował go na każdym kroku. 

Patrząc na niego, widziała ten morderczy wzrok Ackermana, który obiecał, że zabije ją bez wahania. Wiedziała, że uważał ją za porażkę, bachora w ogóle nie potrzebnego tutaj. Zapewne fakt, że znajdowała się na ósmym miejscu, utwierdzał go w przekonaniu, że dostał pod swoje skrzydła niekompetentną osobę, która dopiero co ukończyła szkolenie.

Otrzepała kurtkę ze znakiem swego korpusu, a jej spojrzenie uległo zmianie, co nie umknęło pozostałej dwójce oraz Petrze. Bozad był zbyt pewny tego, że zaraz znów udzieli jej lekcji. Ponownie przyjęła pozycję wyuczoną przez Kiernana i czekała. Wyczekiwała tej odpowiedniej, krótkiej chwili, gdy mogłaby zaatakować.

Oluo nie patyczkował się, od razu zamachnął się, prawie ją trafiając. Utrze mu nosa, obiecała sobie. Nie da robić z siebie ofiary, ponieważ była człowiekiem!

Złapała go za ramię, gdy znalazła się tuż za nim, wykręciła je pod dziwnym kątem, opierając nogę na jego plecach, sprawiła, że klęknął, krzycząc z bólu. Przyciągnęła jego ramię bliżej siebie, przez co Bozad niemal zapłakał.

- Ty...!

Nie do kończył, ponieważ właśnie zaczął do nich zbliżać się Levi w ponurym nastroju. Stanął naprzeciwko walczącej dwójki. Jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć, ale można było się domyślić, że nie był dumny z powodu poniżenia swego najlepszego podwładnego oraz mocno zirytowało spojrzenie Ansy, takie puste, ale pełne tryumfu.

- Co tu się dzieje? - spytała, krzyżując ręce na torsie. - Aberald, już sprawiasz kłopoty? Puszczaj go.

Wykonała jego rozkaz od razu, wiedząc, że i tak wpadła.

- Oluo, podnoś się. - Mężczyzna z ociąganiem, mniej ochoczo wykonał polecenie przełożonego. - Ruszajcie się, zaczynamy nasz trening. - Wszyscy zasalutowali i ruszyli biegiem w stronę pobliskiego lasu, wolnego od tytanów. - Ty nie, Aberald - dodał, gdy dziewczyna zrobiła krok za nimi. - Co to miało być?

- Zostałam sprowokowana, to tylko trening...

- Nie zapominaj, że nie dostałaś się tutaj przez swoje umiejętności, czy też ich brak, tylko dlatego, że Erwin kazał mi ciebie pilnować. Jak widzisz, dla naszej dwójki jest to dość nieprzyjemna sytuacja, prawda? Dlatego zamknij się, rób co ci każę lub po prostu zrób coś niepoprawnego i oboje będziemy mieć siebie z głowy. Dosłownie. 

- To nie była moja wina! - uniosła się, za co już od razu skarciła siebie w myślach.

- Pyskujesz? Świetnie, zatem masz w sobie tyle energii, że możesz darować sobie śniadanie i zrobisz dwadzieścia okrążeń wokół bazy - odpowiedział surowo, tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- Ale...!

- Dwadzieścia pięć? Nie ma sprawy. 

Ansa otworzyła usta, by skrytykować wymiar kary kaprala, ale od razu je zamknęła, wiedząc, że tylko bardziej się pogrąży. Od samego początku był na nią cięty i każde słowo czy gest mogło sprowadzić na nią niemałe kłopoty. Sięgnęła do kieszeni po gumkę do włosów. Znów miała ten obojętny wyraz twarzy, podobny do kaprala.

Nie odrywając oczu od jego niezadowolonej twarzy, związała włosy i zaczęła bieg. Levi przez krótką chwilę obserwował ją, a gdy zniknęła za rogiem, podążył za swoją drużyną. Chciał wymęczyć dziewczynę i od razu pokazać, czego oczekuje się od najlepszych.

Trzy godziny później Ansa przystanęła przy jednej ścianie, z trudem łapiąc kolejne oddechy. W myślach przeklinała Levi'a za tę niesprawiedliwą karę. Nie zjadła śniadania, w brzuchu jej burczało jak diabli, ale niedługo miał być obiad, więc postawiła nogę w kierunku wejścia do bazy, by udać się na stołówkę, niestety od razu upadła na ziemię.

Wbiła paznokcie w ziemię. Nie czuła nóg, całkowicie straciła wszystkie siły, a dzień dopiero się zaczynał. Sądziła, że będzie tu leżeć znacznie dłużej, a zaraz po jej upadku znalazła ją Laurys z Charlesem.

- Tutaj jest! - Czerwonowłosy szybko do niej dobiegł i pomógł wstać. - Hej, Aberald, żyjesz?

- Ansa! Ansa! Hej, Ansa!

- Żyję... - wymamrotała, chociaż zaschło jej w ustach. - Wody... dajcie mi wody...

- Dobra, co tylko zechcesz, ale potem się nieźle tłumaczysz.

Ai no TsubasaOpowie艣ci t臋tni膮ce 偶yciem. Odkryj je teraz