1

30 2 1


Niektórym wystarczy parę godzin, by zapomnieć. Paweł już w dniu pogrzebu nie czuł smutku. Matka nigdy nie była dla niego bliską osobą, choć bardzo o tym marzyła. Umarła, a on machnął na to ręką. Na cmentarzu pojawił się z obowiązku. Ludzie ściskali mu dłoń, składając kondolencje, a on uciekał myślami daleko poza mury nekropolii. Planował przyszłość, która jak zwykle kryła się gdzieś za mgłą.

Od dnia pogrzebu minęło dziesięć lat. Co roku, pierwszego listopada odwiedzał grób matki i zapalał na nim znicz. Zrobił z tego tradycję, by uniknąć niepotrzebnych komentarzy znajomych i uspokoić wyrzuty sumienia.

Tego roku Dzień Wszystkich Świętych był słoneczny. Paweł jechał autobusem przez znienawidzone miasto. Brudne i szare ulice ciągnęły się za oknem, a on po raz kolejny zastanawiał się, kim jest i co właściwie chce w życiu robić. Marzyła mu się sława pisarza, ale po latach spędzonych nad pustą kartką papieru, stracił wiarę w samego siebie. Brakowało mu iskry, która popchnęłaby wszystko do przodu. Codziennie chodził do pracy i za marne pieniądze roznosił ludziom przesyłki. Bycie kurierem sprawiało, że każdego dnia czuł się sam ze sobą jeszcze gorzej. Nie tego pragnął.

Zostanie pisarzem wciąż kołatało mu w głowie. Przelanie na papier historii i uszczęśliwienie nią tysięcy osób. Spotkania autorskie, fani i autografy majaczyły w jego umyśle. Wiele oddałby, by móc choć skosztować takiego życia. Ciągle jednak tkwił w miejscu, szukając sposobu, by wyrwać się do przodu. By zmienić to, co i tak nie miało dla niego żadnego znaczenia.

Autobus wjechał na zatoczkę. Paweł wstał i przepchnął się do wyjścia. Poczuł na twarzy chłodny, jesienny wiatr i zmrużył oczy przed słońcem. „Chłodny jesienny wiatr", przemknęło mu przez głowę. Wygrzebał z kieszeni stary, pogięty rachunek i długopis. Zapisał trzy słowa. „Chłodny jesienny wiatr". Poczuł, jak wzbiera w nim siła. To był jego początek. Uśmiechnął się i rozejrzał. Wokół kręciło się sporo osób, idących na cmentarz i wracających stamtąd. Niektórzy nieśli w donicach chryzantemy, inni reklamówki po brzegi wypełnione zniczami. Wszyscy wystrojeni jak na rozdanie Oskarów. Musieli się pokazać z jak najlepszej strony. W końcu to święto, na którym trzeba zabłysnąć nowym zimowym płaszczem. Piętnaście stopni na plusie wcale nie stało im na drodze.

Paweł nie próbował oceniać mijających go ludzi, bo sam wcale nie był lepszy. Dla niego pierwszy listopada też był tylko na pokaz. Uważał jednak, że jemu przyświecają lepsze cele. Nie miał na sobie najlepszych ubrań, nie ciągnął za sobą torby pełnej nagrobnych gadgetów. Przy bramie kupił mały znicz i paczkę zapałek. Nie potrzebował nic więcej.

Przecisnął się między grupką starszych kobiet, krzyczących do siebie i opowiadających o polityce kraju. Przecież tak niewiele mają okazji, by o tym porozmawiać. Przereklamowany dzień zadumy jest do tego idealny. Po co wspominać zmarłych, skoro tak wielu żywych zasługuje na omówienie.

Tonący w hipokryzji cmentarz, na który Paweł patrzył, zajmował powierzchnię paru kilometrów kwadratowych. Ludzie krążyli jak mrówki, niektórzy z posępnymi minami, inni roześmiani od ucha do ucha. Jakiś pan wybrał się nawet z psem na spacer. No cóż, w końcu droga jest drogą, a wielki znak zakazu przy wejściu nikogo nie obchodzi. Pies też człowiek, nie powinno mu się zabraniać modlitwy nad grobem właścicielki. A może to nawet jedyna istota, która szczerze i z uczuciem wspomina zmarłą?

Mężczyzna nie czuł się najlepiej, krocząc po cmentarnym wybiegu mody. Czuł na sobie pełne politowania spojrzenia. Pewnie sądzono, że jest biedakiem, którego stać jedynie na cienką kurtkę, ledwie chroniącą przed wiatrem i na malutki znicz. Ale miał gest, bo, choć nie było mu łatwo, wygrzebał z portfela kilka złotych, by wspomnieć czyjąś pamięć. Paweł miał ochotę krzyknąć, by wyprowadzić wszystkich z błędu i przekląć ich obłudę, jednak w milczeniu kroczył alejką. Mijał setki grobów tonących pod kwiatami. Nie rozumiał, dlaczego ludzie wydają tak wiele pieniędzy, tylko po to, by zrobić na innych wrażenie. Dla zmarłych nie ma znaczenia, czy metr nad ich trumną zalegają najdroższe kwiaty, czy ptasie odchody. Ich już po prostu nie ma.

Potężny, marmurowy nagrobek wyrósł tuż przed Pawłem. Przez zamyślenie omal na niego nie wpadł. Stał dłuższą chwilę, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Dałby głowę, że przed rokiem go tam nie było. Przyjrzał się wyrytym literom.

„Ś.p.

Lidia Brzezińska

ur. 23 V 1968

zm. 13 X 1988"

Rozejrzał się. Nie poznawał tej części cmentarza. Większość grobów zarastała chwastami. Zaledwie kilka metrów wcześniej kłębiły się tłumy ludzi. Niewidzialna granica dzieliła przepełnioną komercją nekropolię od części, pogrążonej w ciszy i cieniu rozległej topoli. Gwar ożywionych głosów, który jeszcze przed chwilą słyszał, gdzieś zniknął, jakby nawet on zapomniał o tym miejscu. Mężczyznę przeszył przyjemny dreszcz, o którym od dawna śnił. Przykucnął, wpatrując się w zdjęcie Lidii Brzezińskiej. Z czarno-białej fotografii spoglądała na niego uśmiechnięta dwudziestolatka. Jasne włosy opadały jej na ramiona. Zwrócił uwagę na jej duże oczy. Zachwyciła go ich nienaturalność. Lidia wpatrywała się w jakiś punkt za jego plecami. Mimowolnie odwrócił się. Ktoś machał, ktoś inny przeciągał się leniwie, jeszcze ktoś opierał się ze znudzeniem o nagrobek.

Mężczyzna westchnął.

- Mnie też to irytuje - powiedział z powagą w głosie. - Ale co zrobić? Takie życie.

Ponownie spojrzał na Lidię.

- Zwariowałem. Rozmawiam z grobem.

Dreszcz ponownie przewędrował mu wzdłuż kręgosłupa. Nieśmiały uśmiech zarysował się na jego ustach. Jeszcze przez chwilę wahał się i porządkował myśli. W końcu zapytał:

- Czy zgodzi się pani być bohaterką mojej powieści?

W głowie usłyszał ciepły i przyjemny głos. Kobieta zgodziła się.

Czuł pulsujące we krwi szaleństwo. Chłodny jesienny wiatr musnął go w policzek. Zaśmiał się. Głośno i dosadnie, jak wariat.

- Kto z was - zwrócił się do zmarłych - chciałby wystąpić w mojej powieści?

Burknięcie, dochodzące z grobu obok, wziął za zgłoszenie. Wstał i zrobił kilka kroków. Odgarnął gęstą trawę, zasłaniającą napis i odczytał:

„Wiktor «Nurek» Przybylski

19 02 1950 - 31 09 2001"

- Miło mi pana poznać. - Paweł skłonił się.

Jakiś błysk przykuł uwagę mężczyzny. Na jednym z grobów, tuż pod samym murem, coś rzucało w jego stronę zajączki. Podszedł tam. Wśród chwastów dostrzegł oprawę okularów i odłamki szkła. Tabliczka z imieniem znajdowała się tuż nad ziemią. Była mocno zniszczona. Litery zatarły się. Paweł schylił się i potarł je rękawem kurtki. Kurz i pył odsłoniły kilka znaków.

- Ana - przeczytał z trudem. Nazwiska nie zdołał odszyfrować. Podobnie jak daty urodzenia. - Zmarła chyba w 1990 albo 1998.

Wyjął z kieszeni rachunek i spisał dane z trzech nagrobków. Ręce mu drżały. Znicz, który ciągle trzymał, wypadł mu z ręki i rozbił się z trzaskiem na jednej z kamiennych płyt. Metalowa pokrywka potoczyła się na skraj i spadła, znikając w zaroślach. Paweł skrzywił się i odwrócił. Był pewien, że ludzie na cmentarzu, o których na chwilę zapomniał, zwrócą na niego uwagę. Nikt nie uraczył go nawet krótkim spojrzeniem. Zupełnie, jakby znajdował się w miejscu nieistniejącym dla innych. Myśl tę przyjął z uśmiechem. Zrzucił z grobu odłamki szkła, a wkład włożył do kieszeni. W myślach pożegnał się i skierował się w stronę tłumów.

Po kilku krokach usłyszał rozmowy i śmiechy. Starsza kobieta potrąciła go i nawet nie wysiliła się na przeprosiny. Mruknęła tylko pod nosem przekleństwo i kilka zupełnie niezrozumiałych słów. Paweł odwrócił się, ale miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdowały się zapomniane groby, porastały gęste krzewy i wysoka trawa. Tuż obok rosła wysoka topola.

Tylko wzruszył ramionami. Bez trudu odnalazł grób matki. Leżała tam wiązanka lilii, płonęło kilka fikuśnych zniczy. Skrzywił się na myśl, że są na świecie osoby, zawodowo zajmujące się projektowaniem zniczy. Ktoś im za to płaci i zarabia fortunę na milionach, zaślepionych trendami, osób. Postawił wkład i zapalił go. Nie zrobił znaku krzyża ani nie odmówił modlitwy. Szybkim krokiem ruszył w kierunku bramy.

Ludzi przybywało. Ciekawe, gdzie byli przez pozostałe 364 dni w roku? Ilu z nich choć wpadło na pomysł, by odwiedzić zmarłych bliskich? A ilu regularnie wpadało na herbatkę?

Bohater z cmentarzaRead this story for FREE!