Rozdział 11

863 59 9


Myślałam, że nic gorszego już mnie nie spotka. Jak głupia byłam wierząc w taką bzdurę. Jedno wielkie kłamstwo, które chciałam sobie wmówić, jednak po co?!
Całe ciało płonęło błagając o ukojenie. Ból jaki zadał mi Kordian był nie do opisania.
-Oh kochanie, przecież nie było aż tak źle.- znienawidzony przeze mnie śmiech chłopaka rozniósł się gromkim echem po niewielkim pomieszczeniu. Jak twierdził, kara jaką mnie uraczył była aż nad to łagodna. Nie przypuszczałam, że może być znacznie gorzej. Dostałam dwadzieścia pięć ciosów w różne partie ciała, za każdym kolejnym uderzeniem musząc odliczać. Jeżeli zaprzestałabym liczenia lub pomyliła kolejność, on zaczynał był od początku. Moje mięśnie drżały, gdyż siła użyta do uderzenia była spora. Nie byłam wilkołakiem, więc nie posiadałam możliwości regeneracji. Wszelkie siniaki, zadrapania, złamania czy inne urazy pozostaną ze mną aż do czasu ich długiego procesu gojenia. Zrozumiałam, że w obliczu likantropów jesteśmy bezradni, gdyż są od nas sprytniejsi, silniejsi, a w dodatku zadanie im poważnego ciosu wymaga nie lada wyczynu. Mimo to w głębi mnie wciąż tliła się mała iskierka nadziei i to właśnie dla niej chciałam wciąż próbować walczyć, chodź wiedziałam do czego mogłoby to doprowadzić.
- Myślisz, że udało ci się mnie poskromić? Nigdy nie uciszysz we mnie pragnienia walki o to co należy mi się bezwzględnie!- ostatnie zdanie krzyknęłam na co  mężczyzna skrzywił się lekko na twarzy.
-Ciszej kobieto! – warknął podirytowany.
-Możesz stosować wiele kar, próbować co raz to nowszych sposobów, jednak mnie nie uciszysz.- zaśmiałam się ukazując tryumfalny uśmiech. Gest ten zadziałał niczym czerwona płachta na byka. Widziałam jak wszystko wewnątrz niego zaczyna kipieć.
-Zobaczmy więc co powiesz po karze, którą dla ciebie przygotowałem jako plan B już dobre 10 minut temu.- na chwilę odwrócił się do mnie plecami, majstrując coś przy jednym z blatów. W tym samym czasie mój wzrok powędrował w stronę zapięć, które trzymają mnie przy krześle. Od ciągłego szarpania na nadgarstkach pojawiły się czerwone zadrapania, które dawały o sobie znać w postaci szczypania. Nie było to jednak nic ważnego abym musiała się tym przejmować. Nie miałam pojęcia jaki chory pomysł mógł się wyklarować w głowie Kordiana i chyba właśnie tego obawiałam się najbardziej.
-Nie możesz mnie po prostu wypuścić gdzieś po za wasze granice?- mruknęłam podnosząc leniwie wzrok do góry.
-Nie.-odwarknął.- Wolę popatrzyć jak umierasz na moich oczach mając pewność, że w późniejszych latach nie pojawisz się ponownie.- mruknął, tym samym odwracając się do mnie przodem. W prawej dłoni trzymał mocno podgrzany nóż, który tlił się z nadmiaru ciepła, natomiast w lewej nie wielki, plastikowy pojemniczek z białą zawartością w środku.
-Więc zabawmy się kochanie. Myślę, że po tym uciszysz się na jakiś czas. Chcesz wiedzieć co chcę z tym zrobić?- podniósł lekko do góry przedmioty, które trzymał. Nic nie odpowiedziałam, co Kordian odebrał jako zgodę na dalsze działanie. Podszedł do mnie szybko i przyłożył gorący metal do skóry, która zasyczała pod wpływem ciepła. Ból był koszmarny, niczym robienie dziury w własnym ciele. Nie hamowałam łez i krzyków błagających aby przestał. Jednak dla niego to nie mógł być koniec. Co jakiś czas podchodził do metalowego blatu, na którym stał nie wielki palnik nad którym nagrzewał nóż i ponownie wracał do zadawania mi krzywdy. Miałam wiele źle wyglądających ran oparzeniowych na rękach, dekolcie, brzuchu i udach. Czułam jak gdyby całe moje ciało pałało istnym ogniem. Trudno jest mi to opisać, gdyż byłam otumaniona bólem. Gdy nie poczułam obecności mężczyzny obok siebie, podniosłam lekko głowę do góry. Stał zaledwie kilka kroków przede mną. Zdążył odłożyć nóż na blat, chodź nadal w lewej dłoni trzymał plastikowe pudełko.
-Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę, myślę, że tą zapamiętasz równie mocno.- uśmieszek jaki zagościł na jego twarzy nie wskazywał nic dobrego. Zdążyłam go poznać jako niepohamowanego psychopatę bez uczuć i wiedziałam, że słowa przez niego wypowiadane nigdy nie są rzucane na wiatr.
Zrobił dwa kroki w moim kierunku po czym bez zawahania sięgnął prawą dłonią do pojemniczka. Poczułam ostry ból na ranach w kolejności jakiej zaczął je tworzyć. Mój wzrok pokierowałam w stronę jego rąk. Byłam w szoku widząc jak Kordian sypie solą każdą z ran.
-Puść mnie! Puść mnie! Chcę wyjść!- krzyczałam szarpiąc się z więzami, jednak to wcale nie pomogło. Wręcz odwrotnie, przysporzyło jeszcze więcej bólu, gdyż każdy nawet najmniejszy ruch powodował, że rany dawały o sobie znać. Nie przypuszczałam, że właśnie na taki pomysł wpadnie beta. Utwierdził mnie tym, że jest on człowiekiem okrutnym, bez krzty dobroci w sobie. Nic oraz nikt nie mógł mu już pomóc. Stał się niczym maszyna do zabijania. Nie znał dobroci, czułości, czy chociażby miłości. W głowie miał jedynie zakodowane zadawanie bólu, a widokiem jaki go uszczęśliwiał było cierpienie drugiej osoby.
-Czyli nie zrozumiałaś, że jesteś moja i zrobię z tobą co zechcę? Chyba już wcześniej przedstawiałem ci twój nędzny kres życia. Nie pobędziesz na tym świecie zbyt długo, a ja już tego dopilnuję!- warknął po czym wyszedł z pomieszczenia trzaskając drzwiami.
Naprawdę nie umiem pojąć tego człowieka, jest jak chodząca zagadka z milionem szyfrów nie do odgadnięcia.

***
Obudził mnie dźwięk zatrzaskiwania się mosiężnych drzwi od sali przesłuchań. Wzdrygnęłam się, przez co jęknęłam z powodu bólu jaki mnie przeszedł. Głowę miałam zwieszoną, a całe ciało bezwładnie zwisało na twardym krześle. Pomimo tego, że wiem iż moje ciało jest całe odrętwiałe, nie mam zamiaru poruszać kończynami więcej niż jest to potrzebne.
-No, no... Kordian nieźle cię urządził.- ten nieznośny głos byłabym w stanie rozpoznać wszędzie. Należał on bowiem do mężczyzny z poprzedniego dnia, kiedy to własnoręcznie bez zawahania wbił mi nóż w udo. –Muszę cię przenieść do celi. Nie możesz tu wiecznie siedzieć, gdyż inni też pragną podzielić taki sam los jak ty.- kpina w jego głosie była nad wyraz słyszalna. Również i na to nie zareagowałam, gdyż zwyczajnie w świecie nie miałam na to siły. Kordian wiedział czego użyć aby szybko mnie uciszyć.
Przybyły mężczyzna odwiązał mnie z więzów po czym brutalnie szarpnął za zakrwawioną koszulkę do góry. Krzyknęłam z powodu nowej fali bólu, której się nie spodziewałam.
-Idziemy szmato!- warknął, ciągnąc mnie za sobą. Po zrobionym kroku upadłam nie mogąc iść. Zaczęłam cicho płakać, gdyż ból i bezradność w tym momencie mocno mi doskwierały.
-Wstawaj!- kopnął mnie brutalnie butem prosto w żebra. Czułam, że opadam z sił, a duch walki osłabł niemal do zera. Gdy nie doczekał się żadnej sensownej reakcji wypuścił jedynie powietrze z płuc zrezygnowany i chwycił mnie za tył koszulki, ciągnąc za sobą po ziemi. Krzyczałam zdzierając sobie gardło do granic możliwości. Rany powiększały się gdyż ocierały się o nierówną i brudną posadzkę korytarza. Jednak co miałam zrobić? W momencie gdy czułam się słabo, bez sił i jedyne o czym marzyłam to śmierć nie byłam zdolna do samozaparcia by dalej walczyć o wolność. Byłam jedynie nic nie wartym człowiekiem w ich oczach. Czymś zbędnym, co łatwo można unicestwić. Puścił mnie na chwilę, przez co moja głowa opadła uderzając o kamienną podłogę. Jęknęłam z bólu. Nie panowałam już nad ciałem, chodź w obecnej chwili było mi już to obojętne. Usłyszałam tępe i przeciągłe skrzypnięcie krat od jednej z celi. Po chwili mężczyzna znów szarpnął mną boleśnie do góry i rzucił o ścianę małego pomieszczenia. Zjechałam po nierównych cegłach zanosząc się płaczem. Mogli zrobić ze mną co tylko chcieli, gdyż byłam jak szmaciana lalka. Bez siły i chęci do życia, wyglądając jak wrak człowieka. Przez wpadające do pomieszczenia światło z zakratowanego okna zaczęłam oglądać rany. Jednak okazało się być to błędem, ponieważ doprowadziło mnie to do panicznego płaczu. Widziałam głębokie, źle wyglądające obrażenia, z których nadal sączyła się gdzieniegdzie krew. Skóra dookoła była zaczerwieniona i wcale nie wróżyło to dobrego gojenia.
-Matko! Zrobiłaś ze mnie męczennicę w obliczu ludzi!- wykrzyczałam na jednym wdechu unosząc twarz w stronę sufitu, po czym przymknęłam powieki, a głowa opadła bezwładnie w dół.

~~Kordian~~
Była silna i wciąż napawała mnie podziwem z powodu ogromu pokładu waleczności jaki nosiła w sobie. Jednak zawiodła mnie, gdyż byłem przekonany iż uda się jej wytrwać o wiele więcej. Jednak jest tylko nędznym i słabym człowiekiem, przez co nie zniesie za wiele. Myślę, że szybko pozbędę się tego balastu, chodź wilk wewnątrz mnie zapiera się całym sobą i próbuje jej pomóc. Mimo to nie pozwalam mu wydostać się na zewnątrz, gdybym to zrobił, zapewne nie pozwolił by mi ponownie przemienić się do ludzkiej postaci w obawie o swoją mate. Nie akceptuję jej osoby, jednak widok cierpienia przez jakie przechodzi, sprawia, że czuję pewnego rodzaju radość, gdyż widzę jak powoli umiera.

___________________________________________


Hej kochani! 

Przybywam do was z kolejnym rozdziałem. Co prawda miał on być później ale udało mi się znaleźć odrobinę czasu by napisać kolejną część. Szczerze to sądziłam na więcej akcji w tym rozdziale, ale sami wiecie... wszystko musi mieć swoją hierarchię, nawet w opowiadaniu ;D. Także komentujcie, dawajcie gwiazdki i polecajcie innym jeśli spodobało wam się moje opowiadanie.

Do następnego robaczki! <3

OddalonaWhere stories live. Discover now