Rozdział 10

974 59 8

  Ktoś mądry kiedyś powiedział 

"Kiedy jest się długo pozbawionym radości, już się przestaje jej spodziewać i pragnąć, a kiedy niespodziewanie zastuka do naszych drzwi, otwieramy je ze strachem, czy nie jest zamaskowanym cierpieniem." 

Tak właśnie jest ze mną, gdyż obawiam się nie tylko pozytywnych i radosnych odczuć, ale największym lękiem napawa mnie myśl o bezradności i poddaniu się. Chodź wiem, że stąpam po cienkiej granicy pomiędzy życiem a śmiercią, to pragnę poczuć miłość. Zadowoli mnie nawet kilka minut. Jednak myśl, że chociaż przez chwilę mogę być zwykłą nastolatką, powoduje we mnie spazmy radości. Niestety rzeczywistość bywa okrutna, a ja muszę w niej uczestniczyć pomimo niechęci i braku sił. Pogodziłam się, że nie dane jest mi poznać odczuć, które rozgrzały by moje  poddańcze serce. 

Poczułam ból roznoszący się od dołu pleców, aż po szyję. Rozejrzałam się, dostrzegając wściekłego Kordiana. Rzucił mną, tak po prostu uderzył mym ciałem o ścianę. Bałam się go, gdyż był tak samo okrutny jak ojciec. Czy każdy mężczyzna upodobał sobie znęcanie się nad słabszymi,  w szczególności nad kobietami? Nie znam żadnego faceta, który wobec damy był by czuły i troskliwy. Jedynie książki mogą tak perfidnie kłamać i dawać kobietą złudną nadzieję na lepszych partnerów do życia. 

-Co ja ci zrobiłam?- mruknęłam podnosząc głowę na kilka sekund i  wpatrując się wprost w jego przepełnione furią tęczówki. Gdy nasz wzrok skrzyżował się, poczułam dziwne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Nie mam pojęcia czym było to spowodowane, ale starałam sobie to tłumaczyć faktem, iż zapewne moje ciało tak reaguje z powodu strachu jaki towarzyszy mi nieustannie. 

-Słucham?- jego ton stał się opanowany, a zarazem stanowczy.Zaczął się do mnie przybliżać, na co skuliłam się w obawie przed kolejną falą bólu.-Czy pozwoliłem ci się odzywać? Czas najwyższy by ktoś nauczył cię pokory i szacunku, gdyż chyba zapominasz kim jestem!- podniósł głos, na co wzdrygnęłam się nieznacznie. -Chciałem dać ci czas na umycie i doprowadzenie się do godnego stanu, ale widzę, że przeczyło by to z twoją naturą. Nie dajesz mi wyboru słońce.- ostatnie zdanie wyszeptał przykucając tuż przy mnie, chwytając przy tym za mój podbródek. W miejscu gdzie nasza skóra zetknęła się, poczułam nieznane mi do tej pory iskierki. Były dość przyjemne, jednak szarpnięcie moją głową nie pozwoliło mi na dłuższe przemyślenia. Popatrzyłam na jego twarz przepełnioną złością. Nie chciałam go oglądać, a w dodatku z tak bliska. 

-Jutro to ja pełnię wartę w więzieniu, także kochanie zajmę się tobą odpowiednio. A teraz wypad stąd.- odrzucił moją głowę w bok, tym samym wstając i odchodząc na drugą stronę pokoju. W tym samym czasie usłyszałam donośne pukanie w drzwi.

-Wejść!- warknął Kordian, na co ja patrzyłam zdezorientowana, gdyż nie miałam pojęcia co jeszcze dla mnie wymyślił ten dupek. 

Do pomieszczenia wszedł ten sam mężczyzna który jeszcze dziś sprawiał mi ból fizyczny.

-Zabierz ją do celi, jutro się nią zajmę.- usłyszałam obojętny głos Kordiana, jednak moja uwaga była przede wszystkim skupiona na nowo przybyłym mężczyźnie. Zaczęłam przesuwać się w tył, wzdłuż ściany podczas gdy ten mężczyzna zaczął podchodzić do mnie. Uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy zauważył jak się go boję. Gdy przyśpieszył kroku wstałam niezgrabnie na równe nogi i zaczęłam biec na drugą stronę pokoju, co niestety nie dało mi za wiele, prócz kilku dodatkowych sekund. 

-Ludzie jednak są żałośni.- głos oprawcy zagrzmiał tuż za mną po czym poczułam uścisk na biodrach. Zaczęłam się wyrywać, jednak na nic się to zdało. Moje krzyki protestu zapewne były słyszane w innych częściach tego zamku. Kopałam, gryzłam i szamotałam się jak nigdy dotąd. Nie wiem skąd we mnie nagle znalazło się tyle energii, jednak nie zamierzałam tak szybko się poddawać. Pojawił się we mnie duch walki, który zawładnął mym ciałem. 

OddalonaWhere stories live. Discover now