Rozdział 14

1K 92 8

*Annika*

Już jutro Wigilia, a oczywiście mamie zabrakło mąki do ciasta. Wysłała mnie więc do sklepu. Na dworze było zimno. Termometr pokazywał ujemną temperaturę. Wszystko dookoła pokrywał śnieg. Szłam ulicą w stronę sklepu podziwiając przystrojone lampkami domy z zewnątrz. Przypomniało mi się, kiedy jako mała dziewczynka uwielbiałam w grudniu spacerować z rodzicami po okolicy i oglądać dokładnie wszystkie ozdoby przy każdym budynku.

Nagle na chodniku minęła mnie jakaś blondynka. Ten kolor włosów przywodzi mi na myśl tylko jedną osobę. Moją Lindsay. Ciekawe co u niej. Gdzie jest? Co teraz robi? Czy jest wesoła, czy smutna? Czy jest z kimś, czy sama? Jeszcze długo się nie zobaczymy. Chyba już nie wytrzymuje, a rozstałyśmy się dopiero kilka dni temu.

Doszłam do marketu i weszłam do środka. O nie, znowu nie wzięłam koszyka a drzwi otwierają się tylko z jednej strony. Jak zwykle... Przeszłam się między półkami, biorąc z nich mąkę i jeszcze parę innych rzeczy, o które prosiła mama. Dziesięć minut w sklepie i stałam już przy kasie. Zapłaciłam i wzięłam zakupy na ręce, by spakować je do torby przed sklepem a nie blokować kolejkę. Na zewnątrz stanęłam przy niskim murku, położyłam na nim wszystkie kupione produkty i zaczęłam układać je w torbie.

- Annika? To ty? - usłyszałam za sobą znajomy głos.

Odwróciłam się. Zobaczyłam wysokiego chłopaka o krótkich brązowych włosach i niebiesko szarych oczach. Nie było to dla mnie miłe spotkanie.

- Cześć - przywitał się ze mną.

- Cześć - odpowiedziałam obojętnie.

- Dawno cię nie było. Pół roku jakoś. Ostatni raz widzieliśmy się...

- ... na zakończeniu roku szkolnego w gimnazjum. Tak, wiem - dokończyłam za niego.

Chyba zdziwiła go moja pewność siebie. Nauczyłam się tego dopiero w technikum. Szkoda, że nie miałam jej, gdy chodziliśmy razem do klasy. Może wtedy nie pozwoliłabym się tak poniżać każdego dnia na każdej przerwie.

- Przyszedłeś mnie obrażać czy raczej wyśmiewać? - spytałam zakładając ręce przed sobą.

- Nie, chciałem... Chciałem tylko zapytać co słychać u ciebie. Gdzie chodzisz do szkoły? - pytał dalej.

Był jakoś dziwnie... miły?

- Do technikum fotograficznego 80 km stąd. Większość czasu spędzam tam. Wynajmuję mieszkanie, w pewnym sensie. Wracam na niektóre weekendy, no i teraz na święta.

Kontynuowałam pakowanie.

- Rozumiem - uśmiechnął się. - Ja chodzę tutaj do liceum. Pomóc ci może?

On i uśmiech? Do tego do mnie?

Skończyłam pakować zakupy.

- Nie, dzięki. Skończyłam - założyłam torbę na ramię. - Coś jeszcze?

Znów wydał się zdziwiony.

- Może... dałabyś się gdzieś zaprosić?

- Co? - teraz mnie zaskoczył.

- No wiesz... Na kawę lub do kina.

- Naśmiewasz się czy co? Nigdzie nie pójdę...

- Nie, źle mnie zrozumiałaś. Pytam poważnie - znów się uśmiechnął. - I jeszcze... chciałbym cię przeprosić za to, jak cię kiedyś traktowałem. Za to, że nalałem ci wody do plecaka, za to, że wrzucałem ci papierki we włosy i ogólnie za wszystkie przykre słowa...

AnglistkaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!