- Niestety twoja siostra słodko śpi. - Powiedział powoli akcentując każde słowo, jego wzrok utkwiony był na mojej twarzy przez co czułam się niekomfortowo. Spuściłam głowę, aby zauważyć wystający czerwony papier  z szuflady, nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdybym nie zauważyła nazwiska mojego byłego wyraźnie wytłuszczono jego  imię. Wzdrygnęłam się na samą myśl o psychopacie. Delikatnie złapałam za papier, spojrzałam na bruneta, aby się upewnić czy nadal patrzy w moja stronę, ku mojemu szczęściu stal odwrócony plecami. Uśmiechnęłam się, złapałam za uchwyt i odsunęłam szufladę. W środku białego pudelka leżała brązowa teczka z  imieniem Eliota, odchyliłam przednia stronę. Wszystkie kartki były zapisane od góry do dołu małymi literkami, szczęście uśmiechnęło się do mnie, gdyż wszystko było wydrukowane. Moja ciekawość jest okropna! Czuje, ze wyjdą tylko z tego kłopoty, ale cóż...jestem stracona. Zamknęłam teczkę i zawiązałam dwa sznureczki na jej brzegach w kokardkę, całość włożyłam za spodenki, zasłoniłam bluzka.

- Twoja siostra jest nie możliwa. - Jason jęczy w niezadowoleniu, kładąc telefon na blat koło koszyka z owocami. Podskoczyłam na  siedzeniu ze strachu, zamknęłam szafkę zdrowa stopę, patrząc na ruchy chłopaka, który zbliżał się do mnie.

- Mm ... tez tak sadze. - Uśmiecham się, jak najbardziej szczerze. - Coś chciała oprócz, ze nie wiedziała gdzie jestem i szukała winnych, ze zgubiła mnie?

Zaśmiał się. - Oczywiście, że tak. Od kiedy tak  jest? - Zapytał ściągając usta w prosta linie.

- Wcześniej tak często nie miałam z nią styczności. - Przyznałam grzebiąc w talerzu.

- Jaki wasz stosunek był?

- Możemy jechać do mnie?

Chłopak przytaknął, jego szczęka była zaciśnięta. Czemu tak bardzo obchodzi go moje życie?! Westchnęłam przytłoczona.

- Um..Tori musimy dokończyć bandażować nogę. - Usiadł  na krześle barowym, podniósł stopie i położył ja na swoim udzie, zabrał  bandaż z blatu i przystawił do stopy zaczynając obwijać  od kostki i kończąc na niej.

- Dzięki. - Mruknęłam, uśmiechając się połowicznie.

- Pomogę Ci dojść do samochodu. - Wstał, stając przy moim boku, ramie położył na swoim karku, a swoja  dłoń położył na mojej tali.

- Nie marudź! - Jęknął nie zadowolony z mojej naburmuszonej miny związanej z faktem, że zawiózł mnie do szpitala, a nie domu.

- Nigdzie nie idę. -  Powiedziałam stanowczo, zaplatając ręce na wysokości klatki piersiowej, a usta wydęłam.

- Nie bądź dzieckiem, skąd wiesz, ze nie złamałaś nogi lub cos innego? - Zapytał, opierając swój ciężar na jednej nodze, a ręce oparł o swoje biodra. Jego usta ułożyły się w linie prostą.

- Sam uznałeś, że to tylko skręcona kostka.

- Oh, dziękuję, że tak mi ufasz, ale słoneczko nie jestem specjalistą. - Mruknął, kładąc zwiniętą doń na dach samochodu, a drugą na brzeg drzwi, pochylił się i powiedział. - Albo wyjdziesz sama z auta, albo ja Ci pomogę. - Warknął.

Zmrużyłam oczy w niedowierzaniu, otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale gdy zdałam sobie sprawę, że nie mam nic racjonalnego to odpyskowania, jedynie odwróciłam głowę wlepiają wzrok w przednią szybę.

- Cholera, Canada !  - Wrzasnął uderzając dłonią o dach, podskoczyłam lekko na siedzeniu.

- Co? - Zapytałam głupio.

- Wysiadaj raz !

- Nie.

- Tak. - Powiedział przez zęby, patrząc prosto w moje oczy.

- Co niby takiego zrobisz? - Zapytałam uśmiechając się głupkowato.

Jego usta wygięły się w chytry uśmieszek na co zadrżałam z faktu, że sama się wkopałam. Jego dłoń wślizgnęła się pod moje kolana, a druga ręka dostała się na plecy. Wierzgałam nogami i krzyczałam, żeby mnie zostawił, ale gdy tylko wyjął mnie z samochodu złapałam jego kark w szoku, dobrze wiedział, że ma mnie i nie uda się mi uciec. Jakimś cudem zamknął drzwi auta i zablokował.

- Zobaczysz zemszczę się. - Zagroziłam w czasie drogi do ogromnego białego budynek z zielonymi literkami " Szpital".

- To jeszcze się okaże. - Zaśmiał się przechodząc przez rozsuwane drzwi.

Prychnęłam w odpowiedzi. Przyłożyłam głowę do jego klatki piersiowej, czekając jak oda mnie w ręce tych psychopatów w białych fartuchach. Nie nawiedzę lekarzy.

- Dzień Dobry, co się stało? - Kobiecy głos przykuł moja uwagę, odwróciłam się w stronę babki siedzącej za biurkiem.  Była to blondynka z niebieskimi oczami na moje oko miała cos około trzydziestu pięciu lat co nie zmienia faktu, że wgapia się w bruneta, jak w obrazek. Serio, kobieto jesteś od niego starsza o .. dużo.

- Podejrzewam, że Victoria skręciła kostkę.

- Dobrze, usiądźcie tam, zaraz przyjdzie Doktor Rose. - Uśmiechnęła się wskazując na czerwone krzesła pod ścianą wprowadzającą do korytarza. Jaso kiwnął głową i zaniósł mnie w tamta stronę.

- To jest bez sensu. - Powiedziałam poprawiając sie na siedzisku. - Zobaczysz nic mi nie jest.

- Nie jesteś doktorem, a kostka Cię boli.

- Już nie.

- Nie wciskaj mi kitu, bo i tak tu zostajemy. - Oznajmił stanowczo.

- Ale

- Nie ma żadnego ale. - Przerwał mi siadając obok  mnie. Obserwował korytarz po drugiej stronie w którym małe dzieci układały wieże z kart. Az trudno wyobrazić sobie, że maja jakaś poważna chorobę, ponieważ mieli około sześciu lat, obok nich stały stojaki na kroplówkę i sama ona wisiała na haczyku, rureczki opadały w dół aż do rączek dwóch chłopczyków.

- Victoria, prawda? - Odwróciliśmy sie do kobiety, która wypowiedziała moje imię, zadrżałam na widok białego fartucha. Ten kolor nie jest mi dobrze wspominany. Obraz lekko sie zamazał, a ja leciałam gdzieś w dol. Stłumiony krzyk Jasona byl dziwnie zasmucający

ChangePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!