5. Kamienie sercowe

58 10 1

  Brzuch mnie boli, w klatce piersiowej ściska, głowa pulsuje, gardło pali żywym ogniem, myśli uciekają z głowy pasmem tysiąca ciągów. Czasem tylko coś wpada, szybki pomysł, przebłysk geniuszu, milisekundowy powrót inteligencji, jak śliwka w kompot, plum, mało szumu, dźwięk krótki i szybki, owoc kończący na dnie.

Zjawisko oddziałujące, z tym że raz oddziałuje słabiej, raz mocniej, drodzy Państwo - Grawitacja! Dzisiaj przykładowo nieźle napierdala. Czuję się jakby pan wszechmogący próbował przypomnieć mi jakim bezwartościowym gównem jestem wobec ogółu wszechświata i jak zawsze zresztą, udaje mu się to idealnie.

Sięgając pamięcią parę lat wstecz przywołuję pewnego chłopaka, mojego najlepszego przyjaciela i powiernika zmartwień wszelakich, cichych dni, gorącego słońca i roztapiającego deszczu. Nasza znajomość miała swój początek w średniej szkole, swój koniec zaś na drugim roku jego studiów. Lee Taemin był moim znajomym nieznajomym, geniuszem, którego uwielbiałem słuchać, jeszcze bardziej obserwować. Wszystko, co robił, nawet jeśli się nie poruszał, sprawiało wrażenie w każdej sekundzie wpływać na losy świata. Kiedy nieruchomiał, a ciało jego zamieniało się w piękny, bladobiały z odcieniami szarości jak jesienne niebo posąg, myśli w jego głowie zdawały się aż kipieć. Podziwiałem w nim wszystko, ale talent i intelekt w szczególności. Nieprzewidywalność, którą nosił w sobie wzbudzała we mnie adrenalinę. Był jak wakacje nad morzem, te najwspanialsze w życiu. Był spacerami wczesnym rankiem w akompaniamencie ciepłego, wilgotnego powietrza, kończącymi całonocny wypad na miasto. Taemin to amerykański sen i absolutny jego brak.

Po dziś dzień miewam sny, w których przywołuje wszystkie najpiękniejsze wspomnienia z nim związane, słyszę wyraźnie czystą barwę jego głosu podczas śpiewu, czasami gram wtedy na pianinie. Jesteśmy niesforni i niedokładni, ale wspaniali. Innym razem tylko słucham, a zamiast mnie, gra mu cisza. Po takim śnie zawsze budzę się spokojny, jakby świat nie mógł mi nic zrobić. Przy Tae zawsze byłem nietykalny.

Dzień jego śmierci pamiętam jak dziś. Dwa dni po tym, kiedy dowiedziałem się, że nie żyje dostałem list, musiał wysłać go wcześniej. I jak dziś pamiętam moment, w którym czytałem go na pogrzebie. To była swego rodzaju niespodzianka dla wszystkich. Nie musiałem oddawać go policji, jako dowód w sprawie na stole w kuchni swojego rodzinnego domu zostawił wiadomość, że zamierza się zabić i robi to własnowolnie. List był taki sam jak on - piękny, zabawny i orzeźwiający. 'Wszystko, co zrobiłem w życiu, wszystko to, co pokierowało mnie do tego miejsca, było wyłącznie moim świadomym wyborem. Jeszcze nigdy nie jechałem tak szybko i prawdopodobnie nie czułem tak mocno, choć nie jestem tego w tym momencie pewny, opowiem jak było, gdy drugi raz się spotkamy. Mam nadzieję, że prędkość, z którą jechałem przyspieszy moje przejście na drugą stronę.' Ta część listu zapadła mi w pamięć najmocniej. Ja także mam nadzieję, że szybko dostał się tam, gdzie marzył być po śmierci i że to miejsce, choćby miało istnieć tylko dla niego, czekało na jego przybycie.

Taemin był moim szczęściem, dawał nadzieję i pasję. Nie jest mi przykro, że odszedł. Zawsze był poza moim zasięgiem i choć byłem blisko, nigdy nie mogłem go dotknąć. Był jak wiatr, który napierając na skórę dłoni informuje o swoim istnieniu, ale nigdy nie daje się złapać. Musiałem pozwolić mu odejść tak samo, jak pozwoliłem przyjść i otulić się z wszech stron.

Dzień dobry, choć jest noc. Dla chcącego nic trudnego, a dla cb cos nowego do czytania. Trochę przeszłości, zaopiekuj się nią dobrze.

zielone szkiełko | yoonseok, namgiPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!