Rozdział 5

1.2K 90 3

Życie młodej Carmen zależało w najbliższych kilku godzinach od upartego bety, który za wszelką cenę chciał postawić na swoim. Słowa innych jak gdyby nie przemawiały do niego w żaden możliwy sposób. Jego gruboskórność mogła wyrządzić naprawdę wiele krzywd, nie tylko innym, ale i jemu samemu, chodź nie miał o tym bladego pojęcia.
-Jake, przywieź  moją spakowaną walizkę na pobliskie lotnisko.- Kordian zażądał od swojego przyjaciela pomocy, ponieważ nie chciał tracić zbędnego czasu. Niestety, dla mężczyzny liczyło się jak najszybsze wykonanie  zadania do końca. Był przekonany, iż jego alfa godnie go wynagrodzi  jeżeli wróci   na czas do swojej watahy.
-Jak chcesz się dostać do  domu?- warknął zły Jake. Był naprawdę rozdrażniony postępowaniem swego przyjaciela, nawet jeżeli był on betą innego stada. Lekkomyślność Litavora mogła pozbawić życie tak uprzejmej i przyjaznej istoty jaką jest Carmen.
-Nie powinno cię to w żaden sposób interesować.- Kordian nie musiał obawiać się o powrót, ponieważ przyleciał do Wielkiej Brytanii wraz z zaprzyjaźnionym pilotem jego watahy. Od lat, tamtejszy wilkołak James Gramerson służył wiernie w najróżniejszych przelotach stada Białej Pełni. Obiecał on pozostać  wraz z Kordianem na brytyjskiej ziemi aż do powrotu bety. Dlatego wystarczyło zadzwonić i poinformować  mężczyznę aby w przeciągu 30 minut znalazł się przy swym samolocie, gotowym do startu. Wynajął on pokój w pobliżu lotniska w niewielkim motelu, aby móc być gotowym w każdej chwili na wezwanie stanowczego bety.

-Kordian... nie zrobię tego. Nie zajadę po twoje rzeczy.- odwarknął zły wilk. 

-Słucham? Zrobisz to o co cię poprosiłem i to bez żadnej dyskusji!- groźny ton wyższego hierarchią wilka sprawił, iż jego przyjaciel umilknął po czym wycofał się w ciszy w stronę wyjścia.

Na korytarzu pozostał jedynie on, zmiennokształtny powiązany z przeklętym bękartem. Taki związek nie miał prawa nigdy zaistnieć, odkąd na świecie pojawili się zmiennokształtni nikt nie natrafił na tak fatalnie kreującą się więź.

Wypuścił ze świstem powietrze z płuc, po czym ruszył pewnym krokiem z dziewczyną na rękach  w stronę wyjścia, by móc znaleźć się jak najszybciej w samolocie i odlecieć z tego przeklętego miejsca.

***

-Kordian, z całym szacunkiem ale twoje postępowanie wobec Carmen jest wręcz niedopuszczalne!- po tym gdy na lotnisko zajechał czarny jeep Jake, beta stada z Północnej Karoliny ani na chwilę nie mógł spokojnie zebrać myśli. Czuł tępe pulsowanie w tyle czaszki, co powodowało jeszcze większe rozdrażnienie. 

-Posłuchaj... to co robię, nazywa się rozkazem nadanym mi z mocy samego alfy! Nakazane mi jest spełnić jego wymagania i nie sprzeciwiać się! Czy ty sobie wyobrażasz jakikolwiek brak subordynacji wobec własnego władcy?! Poznałeś już Clemensa i dobrze wiesz do czego jest ten człowiek zdolny!- warczałem na niego rozwścieczony, ponieważ podważał me decyzje. 

-Może i wiem, ale czy nie jest dla ciebie ważne życie niewinnej istoty?! Przez twoją lekkomyślność i jakże wielkie ego bety możesz stać się powodem jej śmierci! Chcesz mieć ją do końca życia na sumieniu?! Naprawdę, ludzie dobrze mówią że potrzebujesz kobiety, bo twoje nieczułe serce zabiło już tylu, że nawet ty nie jesteś w stanie zliczyć!- jego donośny krzyk rozniósł się echem po terenie lotniska.

-Beto...- z samolotu wyłonił się pilot. Był to chudy, lecz wysoki mężczyzna, z bujną, brązową czupryną włosów na głowie. Błękitne oczy były intensywne do tego stopnia, że mało kto wytrzymywał presję jego wzroku na sobie.. -Musimy zaraz wylecieć, inaczej zbliżająca się burza dopadnie i nas. Dostałem informację, że kilkadziesiąt kilometrów stąd panuje poważne załamanie pogody, które w szybkim tempie przemieszcza się w naszym kierunku. 

OddalonaWhere stories live. Discover now