Rozdział 6

88 8 4
                                                  

Nie wiem, kogo miałam większą ochotę przekląć. Rona za przedstawienie mi nowej dziewczyny i złamanie mi serca. Tej laluni za próbę podlizania mi się. Ginny za zmuszenie mnie bym tutaj przyszła. Harry'ego za to, że urządził tę całą farsę, czy siebie za to, że nie mogłam zapomnieć o Rudzielcu.

Siedziałam sama przy stoliku i sączyłam drinka, który w tym momencie, był dużo za słaby. Denerwował mnie widok Rona, który próbował za wszelką ceną powstrzymać swoją Stażystkę od zdjęcia mu czapki. Wciąż nie rozumiem, dlaczego był taki czerwony jak burak. Najchętniej poszłabym już do domu, ale wiedziałam, że Ginny byłaby do tego zdolna, że wróciłaby się po mnie.

Kiedy ponowie spojrzałam, jak ta lalunia przychlebia się do mojego Rona, chcąc go nakarmić, coś we mnie pękło. Chciałam się upić, mimo że przysięgłam sobie, że więcej tego nie zrobię, szczególnie po wpadce przy Ginny. Energicznie wstałam z miejsca i ruszyłam w stronę napojów. Już chciałam sobie nalać potrójną porcję wódki, gdy butelka została mi wyrwana z ręki.

- Masz zamiar dać mu satysfakcję? – zapytała się mnie Ginny, odkładając na drugi kraniec stołu butelkę – upicie się niczego nie zmieni, a tylko się zbłaźnisz. To nie w Twoim stylu się tak poddawać. Powinnaś posłać w jego stronę agresywne ptaszki lub jakiegoś upiorogacka.

- Bardziej już nie mogę zbłaźnić, po upiciu się przy Tobie – mruknęłam markotnie – wolę się upić i zapomnieć, że przedstawił mi swoją nową dziewczynę, jak gdyby nigdy nic, nic marnować siły na rzucanie zaklęć. Poza tym nie chce psuć Harry'emu urodzin.

- Daj spokój, Miona, to nic nie da...– rzekła pewnie Ginny, tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- Co nic nie da? – usłyszałam głos Harry'ego z drugiej strony. Pięknie, kolejny kandydat na prawienie morałów.

- Upicie się Hermiony z powodu głupoty mojego durnego braciszka. Harry, dlaczego pozwoliłeś mu ją przyprowadzić – Ginny wymownie spojrzała w stronę Rona i Amber, z niezbyt zadowoloną miną.

- W tym rzecz, że nie powiedział mi o osobie towarzyszącej, którą chce przyprowadzić – tłumaczył się Harry, nachylając się do nas i konspiracyjnie szepcząc – oni nie powinni być razem, to wbrew zasadom Biura, by dwoje pracowników było w związku.

- Jak widać, Ron ma to gdzieś – warknęłam, sięgając po następnego drinka, ale i to Ginny zabrała mi sprzed nosa – Ginny! Daj spokój!

- Mowy nie ma, już wystarczająco wypiłaś – krzyknęła, mocno odkładając szklankę na stół – już teraz wyglądasz jak siedem nieszczęść, a jak się upijesz, będzie tylko gorzej. Trzeba Cię doprowadzić do porządku.

- Ginny ma rację, Hermiono – dodał swoje trzy grosze Wybraniec.

- To trudno, Ron tylko się utwierdzi, że słusznie zrobił, porzucając mnie dla innej – byłam bardzo zdenerwowana i miałam to już wszystko gdzieś.

- Mionka, to nie dlatego się z Tobą rozstał... – zaczął Harry, ale nie dałam mu dokończyć.

- A więc, dlaczego?!

- Bo...- i ponownie nie było mu dane dokończyć myśli. Tym razem jednak nie z mojej winny. Na środku podwórka Pottera pojawił się przepiękny, cielesny patronus w kształcie konia. Był cudowny, jednakże wszyscy się wzdrygnęli, gdy przemówił. Mówiący patronus rzadko przynosił dobre wieści.

- Panie Potter, dostaliśmy wiadomość z Nowego Oddziału św. Munga, że przyjęli na oddział ciężko rannego pacjenta ugodzonego czarnomagicznymi klątwami w stanie krytycznym. Jednakże odmawia udzielenia mu opieki medycznej, póki nie porozmawia z Panem, Panną Granger oraz z Ministrem Shackleboltem. Wykrzykuje także coś o Przysiądzie pod Księżycem. Personel szpitala prosi o niezwłoczne pojawienie się.

Naprzeciw Śmierciożercom - DramioneWhere stories live. Discover now