Rozdział 4

1.5K 99 7

Kordian zatrzymał się u swojego starego przyjaciela Jake'a, samotnego wilka niechcącego należeć do żadnej z watah. Sądzi on, iż podporządkowywanie się jakiemuś gburowi nie jest dla niego, dlatego też jego stary alfa, poczciwy i wyrozumiały mężczyzna, pozwolił mu odejść w pokoju. 24-letni przyjaciel jak się okazało, kojarzył Carmen ze względu iż przyszło im razem pracować na tej samej zmianie, kilka razy w jednej z tych małych, pod londyńskich kawiarenek. Mijał już trzeci dzień od pobytu bety Białej Pełni na ziemiach Wielkiej Brytanii. Zdążył się przez ten czas zorientować co nieco po okolicy, wciąż zbierając co raz to więcej nowych informacji. Rozwikłała się również sprawa zamieszkania, ponieważ jak się okazało Carmen dalej przebywa w pobliskim miasteczku. Ponoć żyje się im bardzo dobrze, a dziewczyna nie ma powodów do zmartwień, ponieważ jej tata zawsze jest na czas w domu, nie szuka kobiety i poświęca swojej córce wiele czasu. Ze względu na dobrze prosperującą firmę, którą zarządza, jest w stanie pozwolić sobie na wiele luksusów, zapewniając tym samym swojemu dziecku dostatnie życie. Kordian dowiedział się również do której szkoły uczęszcza dziewczyna, jednak pomimo tego nie potrafił jej zlokalizować w tłumie tak wielu nastolatków. Dodatkowym problem w jej odnalezieniu był oczywiście brak wiedzy na temat jej obecnego wyglądu. Jedyna nadzieja pozostawała w odszukaniu odpowiedniego adresu zamieszkania. W tamtym momencie przyszedł z pomocą nie kto inny jak Jake, który zadzwonił do swego pracodawcy aby wypytać o możliwości dalszego zapisu w papierach danych o Carmen Jonson. Szef małej kawiarenki, 40 letni mężczyzna, po dłuższym namyśle postanowił podać adres tej młodej istotki. Był pewien, iż zapewnienia dziewczyny o jej powrocie jednak się spełnią i w końcu któregoś dnia ponownie ujrzy tą uśmiechniętą dziewczynę u progu swego lokalu. To wyjaśniało by, dlaczego po dziś dzień trzyma dokumenty byłej już pracownicy. Kordian nie przypuszczał, że los może być wobec niego tak przychylny. Nie sądził, iż tak łatwo uda mu się zebrać najważniejsze informacje. Beta był zadowolony z przebiegu jego zadania, ponieważ wiedział iż z pewnością nie zawiedzie swego alfy. Niestety, Litavor nie przemyślał planu co mógłby powiedzieć młodszej siostrze swego przyjaciela po tym gdy ją spotka.Przecież nie mógł od tak podejść do nastolatki i poinformować o fakcie iż jej brat rozkazał mu przywieźć ją na teren watahy. Musiał liczyć się z faktem, że dziewczyna nie ma bladego pojęcia o zmiennokształtnych. Dlatego odpowiednie rozłożenie słów było niezbędne. Nie chciał jej jednak zabierać siłą, niestety jeżeli Carmen okazałaby się zbyt upartą dziewuchą, porwanie byłoby nieuniknione.
Mężczyzna szedł w spokojnym tempie pośród drzew jakie znajdowały się wokół ścieżki prowadzącej w rejon przeklętej córki starej luny. Jego myśli były daleko od rzeczywistości, nie przykładał zbytniej uwagi na czujność otaczającej go przestrzeni. Chciał jak najszybciej wrócić do domu. Jednak obiecał swojemu przyjacielowi, a co najważniejsze swojemu alfie, wykonać należycie powierzone mu zadanie. Był betą znanym ze swej bezwzględności jak również z dokładności. Nigdy nie pozostawiał niczego nie dokończonego. Każda, nawet najmniejsza i najbardziej błaha sprawa, musiała zostać doprowadzona do samego końca. Każdy bał się trafić pod jego ręce podczas kary czy przydzielonego zadania. Pomimo iż wilki, to stworzenia silne, niejednokrotnie z sali tortur było trzeba wynosić bezwładne ciała. Nie wspominając już o wrogach, których przesłuchanie było rzeczą konieczną. Z zimną krwią katował, zadawał ból i zabijał. Ludzie wokół szepczą, że becie Kordianowi potrzeba kobiety, która roztopi jego zastygłe serce. Mimo to jest on człowiekiem o specyficznym usposobieniu. Należy do tajemniczych osób i mało kto zna o nim cokolwiek prócz imienia, dlatego wśród swych ludzi wzbudza taki niepokój i lęk.
Nagle Kordian stanął w miejscu, jak gdyby uderzył w niewidzialną ścianę. Obezwładnił go przepiękny zapach, którego nie czuł nigdy dotąd. Nie wiedzieć czemu właśnie na niego zareagował, a w szczególności jego wilki, który pobudził się do tego stopnia, że chciał przejąć nad nim kontrolę. Mężczyzna wiedział, że musi się czym prędzej opanować, inaczej przemieni się w wilka, a jego misja przedłuży się o kolejne kilka godzin lub co gorsze, o dzień.
Wziął kilka głębszych wdechów, przymykając oczy na kilka sekund. Po czym ruszył powolnym krokiem dalej. Niestety, zapach ten z każdą chwilą był bardziej intensywny, a jego zmysły szalały. Starał się odtrącić z dala myśli iż może on należeć do jego przeznaczonej. W końcu nigdy nie chciał jej spotkać. Unikał więzi mate jak ognia. Twierdził, że nie potrzebuje nikogo w swoim życiu. Sam chciał być panem swego losu i żadna kobieta nie mogła wejść swoimi brudnymi butami w jego życie, nigdy. Przystanął w cieniu drzew zaciągając się zapachem lasu, którym właśnie szedł. Czas aby zmierzyć się z przeklętym dzieckiem, bękartem wysoko postawionej i szanowanej rodziny. Nawet nie wiedział jak wygląda, jednak obietnica na jaką się zgodził nie dawała mu wyboru...
Usłyszał donośny krzyk nieznanej mu dotychczas dziewczyny, który dość szybko ucichł, zdecydowanie za szybko. Zaniepokoiło to jego wewnętrznego wilka, który bał się iż mogła to być ich mate, której trzeba pomóc i ochronić w razie zagrożenia. Kordian z powodu szalejącego wilka, miał problem ze skupieniem i zebraniem myśli w jedną całość. Przeszedł przez drogę oddzielającą las od miasteczka, po czym udał się w stronę ulicy zamieszkałej przez Carmen. Gdy tylko wychylił się zza rogu ujrzał dobrze zbudowanego mężczyznę pastwiącego się nad ciałem bezradnej dziewczyny. Przez chwilę chciał wykonać po prostu swoje zadanie i przejść obok tego zdarzenia obojętnie. W końcu to ludzkie ścierwa, niestety wyczuł tą znaną już mu tak dobrze woń, że aż przez chwilę zawirowało mu w głowie. Popatrzył w stronę drobnego, skatowanego ciała i już wiedział iż nie ma innego wyjścia. Musiał jej pomóc. Nagle głowa dziewczyny upadła bezwładnie na chodnik z tępym dźwiękiem. Popatrzył wściekły w stronę mężczyzny, gdy tylko wyczuł od niego banitę,wiedział iż miał do czynienia z wygnańczym wilkiem.
,,To ona! To nasza mate! Pomóż jej, ona cierpi! Kordian, ona umiera!"- mój wilk darł się jak opętany do tego stopnia, aż rozbolała mnie głowa.
-Czego chcesz gościu, spieprzaj!- warknął oprawca brunetki. Warknąłem w jego stronę, ponieważ nikt nie miał prawa zwracać się w taki sposób do mnie. Banita zaciągnął się lekko powietrzem, po czym warknął ledwo słyszalnie w moją stronę.
Usłyszałem kpiący śmiech, który należał do osoby przede mną.
-Kolejny wilk?- wstał znad ciała tej kruchej istoty, widziałem że szykuje się do ataku.- Czyżby matka przypomniała sobie o córeczce?- warknął, kopiąc przy tym bezwładne już ciało dziewczyny. Starałem się panować nad emocjami, jednak było to zbyt trudne. Pozwoliłem mojemu wilkowi przejąć kontrolę. W dość szybkim tempie przeobraziłem się w wielkie stworzenie. Mój przeciwnik również nie szczędził czasu, dlatego już po chwili na jednej z ulic stały dwa potężne wilki przymierzające się do walki. Pierwszy zaatakował banita, jednak dość szybko został powalony przez moje ciało. Nie był mi dłużny, przewracając nas do tego stopnia iż to ja tym razem znajdowałem się pod nim. Próbował ugryźć moją szyję, lecz nie pozwoliłem mu na ten czyn. Starcie to nie trwało długo, gdy dostrzegłem, że dziewczyna leżącą opodal zaczyna się dusić, a jej oddech staje się co raz to płytszy. Szybko uchwyciłem zębami pysk przeciwnika, na co zaczął skamleć z bólu. Szarpał się, tym samym przejeżdżając swymi pazurami po moim lewym boku twarzy. Z powodu czynu jakiego dopuścił się wróg, nie czułem litości wobec zmiennokształtnego. Zacisnąłem jeszcze mocniej swe kły na nim, chciałem poczuć jak cierpi. Gdy dałem mu odejść, warknąłem na niego po raz ostatni zwycięsko. Przemieniłem się do ludzkiej postaci i nie zważając na swoją nagość, podszedłem do nieprzytomnej dziewczyny. Poszukałem wzrokiem swych podartych ubrań, które leżały w zasięgu mojej ręki, wyciągnąłem z nich swą komórkę i zadzwoniłem do Jake'a. Kazałem mu przyjechać po dziewczynę, tym samym przywożąc mi ubrania zastępcze. Zarządził mi czekać na skraju lasu, gdzie dotrze swym autem, a następnie zabierze nas do zaprzyjaźnionej watahy tak aby dziewczyna otrzyma profesjonalną pomoc medyczną. Jej ciało było w złym stanie, tylu ran i tak posiniaczonej skóry nie widziałem od dawna. Nie musiałem być lekarzem by stwierdzić, że z tą brunetką jest naprawdę źle. Nigdy nie przejąłem się żadną istotą. Nawet gdy umierała moja matka, patrzyłem na nią bez jakichkolwiek emocji i wzruszenia.

OddalonaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!