Czy to jest miłość?

163 13 14

   Dojechałem na lotnisko. Kazałem wypakować bagaże i udałem się z Jowitą w stronę budynku. Od razu zauważyłem chłopaków, którzy kłócili się z Samuelem. Podszedłem bliżej, by jakoś przerwać te wrzaski.


- Sam! Chciałem cię zabić własnymi rękoma, ale chyba już nie muszę — spojrzałem na chłopaków. Sam próbował się bronić, ale kiepsko mu to wychodziło. Wiedział, że zawalił.

- Wiesz, gdzie byłem, gdy ten idiota do mnie zadzwonił? - zapytał Paul, zwracając się do mnie.

- W Indiach?

- W cipce mojej żony!

Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem i zapomnieliśmy o gnębieniu Samuela. Poczułem, jak ktoś dotyka mojego ramienia, odwróciłem się i zauważyłem Jowitę.

- Kochanie, muszę wracać. Dzwonili z teatru. Są jakieś problemy i powinnam tam być. - Wytłumaczyła się.

Czekała mnie samotna podróż do Londynu, może to i lepiej. Ostatnio nie miałem zbyt wiele czasu na rozmyślania.

- Weź taksówkę, kierowca już chyba odjechał.

- Dam sobie radę — oznajmiła i pocałowała mnie w policzek na pożegnanie.

                                                                                               *­­­­

        Londyn to piękne miasto. Zawsze zachwycałem się tym miejscem i planowałem osiedlić się tu na stałe, ale Jowita była innego zdania. Uważała Londyn za zbyt tłoczny- Przeciąłem się w łóżku i odwróciłem na bok, obok mnie ktoś leżał, bynajmniej nie była to Jowita. Z tego, co pamiętałem, musiała wracać. Przetarłem twarz, powoli docierało do mnie, co się stało po przybyciu do hotelu.

- Andy, Wstawaj!

        Poczułem pulsujący ból głowy, który stawał się coraz bardziej dokuczliwy z każdym ruchem. To był idiotyczny pomysł, by urządzać popijawę dzień przed sesją, ale zdałem sobie z tego sprawę po fakcie.

Śpiący obok mnie Andy otworzył oczy i gwałtownie wstał, patrząc na mnie.

- Zwolnij go!

       W pierwszej chwili nie wiedziałem, o co mu chodzi, więc spytałem wprost. Ten pomysł wydał i się w początku. Tak, był w porządku. Za jednym zamachem pozbędę się Samuela i ograniczę ich wizyty. Jowita będzie musiała się napracować, by spotkać się z nim bez medialnego zainteresowania. Po chwili do pokoju wpadł Sam. Zaczął coś wykrzykiwać i wymachiwać rękami. Chłopcy w końcu się zbudzili, każdy by się zbudził, słysząc ten jazgot.

- Sam... chce z tobą pogadać — oznajmiłem.

- Pogadamy przy śniadaniu. Zbierzcie się.

Wyszedł, a ja udałem się do łazienki.

                                                                                              *

       Siedzieliśmy w jadalni, ale jakoś nikt nie miał ochoty jeść. Ja zadowoliłem się kawą, a koledzy wmusili w siebie kilka kanapek z dżemem. Sam obżerał się parówkami i popijał herbatą. Wreszcie odłożyłem filiżankę i spojrzałem na Samuela.

- Sam, zwalniam cię. - oznajmiłem, nie chciałem krzyczeć i nie krzyczałem, informowałem go.

- Co? - o mało nie zadławił się jedzeniem — za co? To był jeden błąd, zapomniałem! To się może zdarzyć każdemu! - bronił się, ale ja pozostałem niewzruszony. Miałem przecież jeszcze jeden powód. Chciałem się go pozbyć z mojego życia.

- Zwalniam cię. - powtórzyłem z epickim spokojem. Ta mała wpadka była idealnym pretekstem, by się go pozbyć.

- Nie możesz sam podejmować takich decyzji!

- Więc podejmijmy ją wspólnie, teraz - zaakcentowałem i zwróciłem twarz ku towarzyszom. Andy pokiwał głową i spojrzał na Paula - Chcesz, żebyśmy głosowali?

- Dobra. Pogadamy po sesji.

- Nie ma już o czym gadać, jesteś zwolniony! - miałem nadzieje, że tym razem dotrze. Miałem go już serdecznie dość. Wiedziałem, że decyzja o zwolnieniu go nie wiele zmieni, ale w końcu zrobiłem jakiś krok. - Po powrocie na Hawaje nie chcę cię widzieć.

                                                                                             *

        Sesja była umówiona w NottingHill w hotelu Gate Hotel, więc dotarcie zajęło dużo czasu. Całą drogę rozmyślałem o wydarzeniach sprzed kilku dni, a kumple z zespołu patrzyli na mnie jak na dziwaka i cały czas dopytywali, co mi jest. Jednak miałem ich gdzieś, ponieważ jedynie z Andym mógłbym o tym pogadać ze względu na to, że byliśmy bliskimi kumplami od czasów podstawówki. Dorastaliśmy razem w Brimstome. Zresztą chłopaków poznaliśmy się w szkole. Ściągnęły nas do siebie nasze talenty i potem narodził się zespół. Długo myśleliśmy nad nazwą dla naszej kapeli, ale w końcu ustaliliśmy, że nazwiemy się Paper Dreams. Pierwszą płytę wydaliśmy w dwa tysiące czwartym roku i nosiła nazwę Hide From The Sun. Następna ukazała się dwa lata później. Niestety od ostatniego albumu minęło pięć lat.

      Wracając, to początki naszej kariery były totalnym obłędem. Ekscytacja zmieszana z kokainą sprawiła, że płyta była gotowa już po roku od momentu dostania propozycji od wytwórni. Niedługo po pierwszym krążku wyszedł drugi, ale potem już nie było tak cudownie. Postawiłem pierwsze kroki ku trzeźwości. Powoli stopniowałem dawki. Brałem coraz mniej, myśląc, że dam radę sam, że rzucę to świństwo bez niczyjego nadzoru. Najpierw zaczęły dopadać mnie drgawki, potem czułem zimno, mimo iż byłem zlany potem. Ogólnie nie było dnia, w którym miałbym dobre samopoczucie. W końcu, podczas któregoś z koncertów, zacząłem mieć halucynacje. Przy ostatnim utworze zemdlałem. Sam wezwał karetkę i trafiłem do szpitala. W tamtym momencie zaczął się nowy rozdział w moim życiu, w nim nie odnalazłem dostatecznej inspiracji i natchnienia. Zupełnie jakby moja muza umarła, gdy przestałem brać.

        Pytania, jakie nam zadano podczas wywiadu, sprawiły, że zacząłem się zastanawiać czy moje marzenia były tak naprawdę moje, czy to narkotyki zrobiły ze mnie artystę. Wróciliśmy z Londynu. Kierowca zabrał Jowitę i mnie do rezydencji. Zauważyłem, że pod bramą stał jakiś wypierdek w czapce z daszkiem, krótkim podkoszulku i jeansach.
Wysiadłem, by go przegonić.

- Nie przyjmuje fanów w domu! - Krzyknąłem poirytowany. Wróciłem z Londynu, byłem wyczerpany zdjęciami i wywiadem.

- Dzień dobry, przepraszam, że pana nachodzę. Mam jednak dla pana propozycję, wręcz nie do odrzucenia — powiedział.

- Niech pan przejdzie do konkretów — uśmiechnąłem się niechętnie.

- Dobrze. - Podszedł do mnie i przedstawił się. Już wiedziałem, że to dziennikarz, a właściwie jakiś posłaniec z AfterBuzz Tv. Przez pięć minut słuchałem go, mimo że miałem go już serdecznie dość i tylko kiwałem głową. W końcu przedstawił propozycję.

-Składam więc panu propozycję, chciałbym nakręcić dokument o pańskim życiu.

Nie odezwałem się. Irytowała mnie jego pewna siebie lub może już arogancka postawa. Jednak trzeba było mu przyznać rację. Uśmiechnął się niespeszony moim milczeniem.

- Tu jest moja wizytówka. Dam panu czas do namysłu, jednak nie jest on nieograniczony. Do widzenia lub bardziej — do usłyszenia.

- Żegnam! - odprowadziłem go wzrokiem do samochodu. Spojrzałem na wizytówkę i schowałem do kieszeni.  

BrimstomePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!