Czy to jest miłość?

74 6 7

                                                     Dojechałem na lotnisko. Kazałem wypakować bagaże i udałem się z Jowitą w stronę budynku. Od razu zauważyłem chłopaków, którzy kłócili się z Samuelem. Podszedłem bliżej, by jakoś przerwać te wrzaski.

- Sam! Chciałem cię zabić własnymi rękoma, ale chyba już nie muszę - spojrzałem na chłopaków. Sam próbował się bronić, ale kiepsko mu to wychodziło. Wiedział, że zawalił.

- Wiesz, gdzie byłem, gdy ten idiota do mnie zadzwonił? - Zapytał Paul zwracając się do mnie. Nie miałem ochoty pytać, nawet nie miałem ochoty przyjeżdżać na lotnisko, ale zasada była jedna, show musiało trwać.

- W Indiach?

- W cipce mojej żony!

Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem i zapomnieliśmy o gnębieniu Samuela.

*

                                           Londyn to piękne miasto. Zawsze zachwycałem się tym miejscem i planowałem osiedlić się tu na stałe, ale Jowita była innego zdania. Uważała Londyn za zbyt tłoczny.

Leżałem w łóżku, tuląc do siebie żonę i rozmyślając o rozmowie z Samuelem. Mogłem mu wygarnąć i powiedzieć, że to koniec, jednak coś mnie powstrzymało, chyba zwyczajnie stchórzyłem. Wstałem, całując żonę w czoło i zarzuciłem szlafrok, Jowita przeciągnęła się i uśmiechnęła do mnie. Wyglądała uroczo, leżąc naga w pościeli, z włosami opadającymi na jej jędrne piersi. Były tak małe, że z łatwością mieściły się mojej dłoni.

- Muszę iść na sesje.

- Wracaj szybko! - odpowiedziała i posłała mi buziaka.

                                                    Obróciła się do mnie tyłem, ukazując swoje pośladki, a ja nie mogąc odwrócić wzroku, przybliżyłem się, by dać jej klapsa. Zebrałem się i poszedłem do łazienki wziąć prysznic. Uśmiechałem się na wspomnienie tej nocy, nadal czułem jej bliskość, zapach i smak. Może to, co widziałem tamtego dnia, było jakimś urojeniem? Sam już nie byłem pewien, ale miałem pewność, że ta noc zbliżyła nas do siebie. Namówienie jej na wspólny wyjazd to była zdecydowanie dobra decyzja. Sesja była umówiona w Notting Hill w hotelu Gate Hotel, więc dotarcie na zajęło dużo czasu. Całą drogę rozmyślałem o wydarzeniach sprzed kilku dni, a kumple z zespołu patrzyli na mnie jak na dziwaka i cały czas dopytywali, co mi jest. Jednak miałem ich gdzieś, ponieważ jedynie z Andy'm mógłbym o tym pogadać ze względu na to, że byliśmy bliskimi kumplami od czasu podstawówki. Dorastaliśmy razem w Brimstome.

                                          Z resztą chłopaków poznaliśmy się w szkole. Ściągnęły nas do siebie nasze talenty i potem narodził się zespół. Oprócz Andy'ego w zespole grali "Gruby" Paul, Jerome i "czarny" Raymond. Pierwszy grał na gitarze elektrycznej, gruby wymiatał na perkusji, a Ray na gitarze klasycznej i grzechotkach. Długo myśleliśmy nad nazwą dla naszej kapeli, ale w końcu ustaliliśmy, że nazwiemy się Back Street Boys. Pierwszą płytę wydaliśmy w dwa tysiące czwartym roku i nosiła nazwę Hide From The Sun. Następna ukazała się dwa lata później. Niestety od ostatniego albumu minęło pięć lat.

                                         Wracając, to początki naszej kariery,  były totalnym obłędem. Ekscytacja zmieszana z kokainą sprawiła, że płyta była gotowa już po roku od momentu dostania propozycji od wytwórni. Niedługo po pierwszym krążku wyszedł drugi, ale potem już nie było tak cudownie. Postawiłem pierwsze kroki ku trzeźwości. Powoli stopniowałem dawki. Brałem coraz mniej, myśląc, że dam radę sam, że rzucę to świństwo bez niczyjego nadzoru. Najpierw zaczęły dopadać mnie drgawki, potem czułem zimno, mimo iż byłem zlany potem. Ogólnie nie było dnia, w którym miałbym dobre samopoczucie. W końcu, podczas któregoś z koncertów, zacząłem mieć halucynacje. Przy ostatnim utworze zemdlałem. Sam wezwał karetkę i trafiłem do szpitala. W tamtym momencie zaczął się nowy rozdział w moim życiu, w nim nie odnalazłem dostatecznej inspiracji i natchnienia. Zupełnie jakby moja muza umarła, gdy przestałem brać.

                                             Pytania, jakie nam zadano podczas wywiadu, sprawiły, zacząłem się zastanawiać czy moje marzenia były tak naprawdę moje, czy to koka zrobiła ze mnie artystę.Wróciliśmy z Londynu. Kierowca zabrał Jowitę i mnie do rezydencji. Zauważyłem, że pod bramą stał jakiś wypierdek w czapce z daszkiem, krótkim podkoszulku i jeansach. Wysiadłem, by go przegonić.

- Nie przyjmuje fanów w domu! - Krzyknąłem poirytowany. Wróciłem z Londynu, byłem wyczerpany wywiadem.

- Dzień dobry, przepraszam, że pana nachodzę. Mam jednak dla pana propozycję, wręcz nie do odrzucenia — powiedział.

- Niech pan przejdzie do konkretów — uśmiechnąłem się niechętnie.

- Dobrze. - Podszedł do mnie i przedstawił się. Już wiedziałem, że to dziennikarz, a właściwie jakiś posłaniec z AfterBuzz Tv. Przez pięć minut słuchałem go, mimo że miałem go już serdecznie dość i tylko kiwałem głową. W końcu przedstawił propozycję.

-Składam więc panu propozycję, chciałbym nakręcić dokument o panu.

Nie odezwałem się. Irytowała mnie jego pewna siebie lub może już arogancka postawa. Jednak trzeba było mu przyznać rację. Uśmiechnął się niespeszony moim milczeniem.

- Tu jest moja wizytówka. Dam panu czas do namysłu, jednak nie jest on nieograniczony. Do widzenia lub bardziej — do usłyszenia.

- Żegnam!- Odprowadziłem go wzrokiem do samochodu. Spojrzałem na wizytówkę i schowałem do kieszeni.

 Spojrzałem na wizytówkę i schowałem do kieszeni

BrimstomePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!