3. Moc

116 15 2

  Wstałem. Wiem, wiem. Oklasków nie trzeba, jestem świadom własnych dokonań.
Kac to zdecydowanie morderca, przynajmniej seryjny, mocno brutalny. Ilość różnych Yoongich, których zabił (nowy rok, nowy ja) (nowy dzień, nowy ja) (ewentualnie sekunda) jest zatrważająca i o dziwo! Nie został jeszcze zatrzymany. To skłania mnie do refleksji, jak bardzo wyrafinowanym jest w swych czynach, jak bardzo wyrachowanym i przebiegłym (często przebiega mi po głowie, zwłaszcza zaraz po przebudzeniu).
Podejmuję szybką decyzję, a myślę szybko, bo mało. Decyzję oczywiście uzasadnioną i podpartą solidną wiedzą, ponieważ nie podlega wątpliwości to, jak bardzo spragniony jestem i fakt, że nie mam w mieszkaniu nic, by zaspokoić potrzeby strudzonego organizmu. Wiedza ta skłania mnie do podjęcia rychłej próby wyjścia z mieszkania i zakupienia lekarstwa na me bolączki (głowy). Świat jednak nie jest tak łaskawy, jakby się niektórym wydawało, życie ludzkie to fatum, przyciąganie (bok lewy, prawy), katorga, marsz przez mękę, mąkę, ciasto, chleb, praca, akcja, reakcja, obowiązek, zarobek, nagrobek i dalej nic. Ktoś mogły rzec 'Min Yoongi na własne życzenie męczarni sobie przysparza, toć wodę pobrać z kranu może!', a tu nie, taki chuj, łeee, buuu, język wytykam. Wybrać oczywiście wodę z kranu mogę, niestety wraz z nią wybiorę w pakiecie także bakterię, która się w jego odmętach skrywa. Jestem już wystarczająco chory (w każdym wymiarze), nie potrzebuję dodatkowego kopa. Lubię ryzyko, ale tylko głupi korzysta z szaleństwa, bez użycia pasów bezpieczeństwa. Szanujmy się.
Wyszedłem z domu chwilę po tym, jak wziąłem szybki prysznic. Mogłem oczywiście wyjść tak, jak stałem, ale mam w sobie jeszcze resztki człowieczeństwa, oszczędzę zapachu i widoku innym. Droga nie była długa, bo znaną była, przechodzę tędy codziennie (czasami conocnie). Idąc nie patrzyłem przed siebie ani na ludzi jak to mam w zwyczaju, tym razem spojrzenie podziewałem blisko własnych nóg, nie zapuszczałem się dalej niż metr, czasem dwa w przód.
Adidaski, fajne. I jakieś kurde znajome. Szybkie przekierowanie wzroku w górę i śmierć. Dzieliło nas pół metra, rozpoczęliśmy pierwszy krok do wyminięcia wzajemnego, spojrzałem mu w oczy, on w moje. 'Hej' powiedział i uśmiechnął się, co zdążyłem jeszcze zauważyć nieprzerwanie podążając za nim wzrokiem dopóty, dopóki nie mogłem widzieć już tylko jego pleców. Obróciłem się za nim z miną kamienną, pełną wyparcia, pełne wyparcie, wyparcie totalne, niemożliwe. Nie wiedziałem co powiedzieć, wyglądał jak duch. Zanim odjechał z mojego życia na dobre zdążyłem zaobserwować jak pośpiesznie wsiada do tramwaju, prawie się wywraca, szybko kasuje bilet i bezczelnie patrzy w moją stronę przez brudną szybę. Zęby chyba ma jakieś mokre, bo ciągle je suszy. Nienawidzę go (i siebie) (kocham go). Ta sytuacja nie powinna mieć miejsca. Nie jestem nawet pewny, czy była rzeczywista. Nie pierwszy, nie ostatni raz mam zwidy. Zacie to, wszystko się może zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń:)
Nie po to dwa dni się leczyłem (piłem, paliłem; więcej grzechów nie pamiętam) (zdarzało się też rzygać), żeby teraz bezczelnie znów go spotkać. Takie duże miasto, taki mały ja i akurat dzisiaj. Życie ludzkie to fatum, bok lewy/prawy i dalej nic.


Witam jak tam co tam, piszcie mi komcie i gwiazdeczki z nieba mi dajcie, dużo miłości, kości, ości (nie udławcie się), miłego dnia rybcie elo.  

zielone szkiełko | yoonseok, namgiWhere stories live. Discover now