Rozdział 1.

3.4K 357 60

Epsom, lipiec 1820 roku

Rodowy majątek wiejski Summer Hill należący od wieków do rodziny Williama Ruperta Huntingdon obecnie jedenastego markiza Crawford był niezrównany pod wieloma względami. Imponujących rozmiarów mury z szarego kamienia odgradzające widok od przejeżdżających tamtędy ludzi, wzbudzały podziw w swojej monumentalności i nieporuszonej wszechpotędze. Jedynie niewysoka czarna brama o łukowatym kształcie pośrodku nich, niepasująca do całej reszty robiła znacznie mniejsze wrażenie.

Niedostępność widoku zza tychże murów, zarówno czyniąca z nich siłę, z którą należało się liczyć, nie powodowała jednak takiej dumy w każdym poprzednim właścicielu jak ziemia będąca ich nieodłącznym elementem. To ona napawała prawdziwą, niekwestionowaną satysfakcją. Każde pokolenie czuło spokój w miejscu, które prawnie należało do nich, a wiążąca się z tym opieka nad społecznością, pobudzała tylko głęboko zakorzeniony honor, nakazujący chronić to, co posiadali.

W każdym razie markiz posiadał wiele. Posiadłość wyróżniała się rozległymi terenami na tle okolicznych gospodarstw, a także dużą trzykondygnacyjną rezydencją wiejską z piaskowca; składającą się z dwunastu pokoi dla gości nie licząc prywatnych komnat lorda, pomieszczeń gospodarczych, oraz innych podstawowych przestrzeni domowych. Od frontu znajdowały się krótko skoszone trawniki, a żwirową ścieżkę ozdabiały topole ciągnące się do trawiastego pierścienia, pośrodku którego stała fontanna. Po prawej stronie podwórza nie przylegając, prostopadle do rezydencji, a zarazem w pewnej oddali stał mały domeczek, zajmowany przez nowo zatrudnioną służbę złożoną z ludzi opiekujących się ogrodem oraz stajniami, podczas gdy pozostali, czyli ci od pokoleń należący do jego wiernych sług przebywali w odrębnej strefie rezydencji. Po lewej zaś były równolegle oddalone kilkumetrową odległością trzy długie budynki, gdzie przetrzymywano konie czystej krwi.

Długie, bujne pola ciągnęły się w nieskończoność na tyłach tegoż dworu, doskonale komponując z planami hodowlanymi lorda, poświęcającemu się owemu przedsięwzięciu całym sobą. Spędzał wiele godzin przy czynnościach z nimi związanymi, gdyż w przeciwieństwie do większości arystokratów, która traktowała to jako hobby, on naprawdę się pasjonował tymi majestatycznymi zwierzętami. Uważał je za najbardziej fascynujący twór stąpający po ziemi o czterech odnóżach. Już od najmłodszych lat chłonął każdy szczegół, każdą informację, którą zasłyszał lub przeczytał o nich. Jego głód wiedzy wręcz nieograniczony, płonął jasną poświatą i wywoływał niegdyś uśmiech na twarzach szczęśliwych rodziców oraz poddanych. A ponieważ trudno nazwać go ignorantem w jakiejkolwiek dziedzinie prócz galanterii, nie trudno sobie wyobrazić, że słynąc obecnie jako arystokrata bez manier, oddawał się bez reszty rozwojowi stadniny.

Nie straszne mu było czyszczenie, czy siodłanie konia nieprzystojące dżentelmenowi o jego statusie. On sam twierdził, że dżentelmen z niego żaden zaś co do jego gorszącego charakteru uczestniczenia w pracach godnego pospólstwa był zdania dość niekonwencjonalnego, iż 'to nie ich przeklęta sprawa'. Jego ojciec za życia postępował z równym nietaktem, wbrew potępieniu ze strony sąsiadów z wyższych sfer i to właśnie on przekazał synowi tę dbałość, by pozycja nie rozbudzała w nim niepotrzebnego lekceważenia prostych obowiązków, jakimi parali się ludzie mniej wykształceni od niego. Przede wszystkim jednak zaraził go miłością do koni.

Jedną z niewielu miłostek, jakie żywił do czegokolwiek, jakkolwiek.

Pewnego poniedziałkowego ranka, w połyskujących od promieni słońca oknach odbijających się od szyb migotały właśnie wesoło iskierki. W jednym z nich szeroka postać majaczyła, obserwując z ukontentowaniem należące do niej włości. Syciła zmysły i koiła wzburzony charakter markiza, napawając go zadowoleniem, dopóki ciche pukanie, nie wyrwało go zamyślenia.

Przyłapana (PAŹDZIERNIK 2019)Przeczytaj tę opowieść za DARMO!