Rozdział I

98 7 7
                                                  

Zwiastun wykonała xoxoQueenx


Siekiera przepołowiła kolejny pieniek drzewa. Spojrzałam na słońce, zawieszone wysoko na niebie. Dochodziło zaledwie południe. Czułam, jak pot spływał mi po twarzy i klatce piersiowej. Odłożyłam siekierę i przeciągnęłam się. Weszłam na chwilę do domu, gdzie mimo pootwieranych okien, wciąż było gorąco, a nawet duszno. Nalałam do szklanki wodę z kranu. Kiedy podniosłam ją do ust, gdzieś w głębi domu zadzwonił mój telefon komórkowy. Przewróciłam oczami i wytarłam pot z czoła.

Przeszłam przez kuchnię i weszłam do małego salonu, gdzie na podłodze walały się puste kartony i koty z kurzu. Spojrzałam na wyświetlacz, na którym pojawiło się imię: Simon.

- Już ci mówiłam, że nie wrócę do pracy - rzuciłam, opadając na kanapę. Zaczęłam kaszleć i rozgoniłam ręką tumany kurzu, które wzbiły się w powietrze.

- Tak, też się cieszę, że cię słyszę - prychnął. -Zaklimatyzowałaś się w nowym miejscu?

- Mniej więcej. Tylko ten ponad trzydziestostopniowy upał dość mocno daje się we znaki. - rozsiadłam się wygodniej.

- Skoro wybrałaś sobie taki kraj, będziesz musiała to wytrzymać - powiedział z udawaną troską. Simon jest jednym z tych, co nie dzwonią z uprzejmościami.

- Masz dla mnie robotę - stwierdziłam, przecierając oczy.

- Bystra jesteś.

- Kim on jest?

- Nie on, tylko oni. Prześlę ci esemesem szczegóły sprawy. - zmarszczyłam brwi. Oni? Nastąpiło jakieś cudowne rozmnożenie i nagle z jednego nieuchwytnego mordercy, zrobiła się cała chmara?

- Będę potrzebować ekipy - zauważyłam. Sama nie mam zamiaru pakować się w międzynarodowe tarapaty.

- To już załatwione. Masz najlepszych z najlepszych. - rzucił i się rozłączył.

***

Od mojego wyjazdu z San Francisco nie minął nawet miesiąc, a znów szłam Buena Vista Ave , w kierunku wejścia do Buena Vista Park. Uwielbiałam to miejsce, bo tylko tam czułam się naprawdę wolna, bez szefa, który cały czas wisiał mi nad głową, bez zespołu techników, z którymi będę musiała współpracować przez kilka następnych tygodni, albo nawet i miesięcy i bez morderców, którymi śladem będę musiała podążać.

Usiadłam na jednej z ławek, rozkoszując się ciepłem popołudnia. Moja służba zacznie się dokładnie za kilka minut, kiedy pod bramę podjedzie auto mojego nowego partnera. Zerknęłam na zegarek. Dochodziła czternasta.

Jacka Lemmera poznałam dokładnie kwadrans po. Szedł w moją stronę i na pierwszy rzut oka nie wyglądał na policjanta. Miał dość długie blond włosy, spięte w małą kitkę. Szedł powolnym krokiem, rozglądając się na boki. W końcu mnie zobaczył i ściągnął przeciwsłoneczne okulary. Jego twarz wciąż pozostawała bez wyrazu, jednak zielone oczy zdradzały nienawiść. Przystanął na chwilę, żeby dokładnie mi się przyjrzeć. Mimowolnie zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Zapewne spodziewał się mężczyzny, o imponującej posturze, a nie drobnej i szczupłej kobiety, z włosami spiętymi w ciasnego koka na czubku głowy.

Podszedł do mnie i przedstawił się:

- Jack Lemmer. - jego ręka była zimna.

- Witam - odparłam.

Przez całą drogę do więzienia nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Jack cały czas skoncentrowany był na drodze, ja natomiast, starałam się przejrzeć raz jeszcze akta mordercy. W rzeczywistości nazywał się Moses Paris. Pochodził z dość dobrej rodziny, skończył jedną z elitarnych szkół. Przykładny chłopak, bez kryminalnej przeszłości. Do czasu szesnastych urodzin.

- Jesteśmy - rzucił oschle Jack, parkując auto.

Więzienie Stanowe San Quentin, otoczone przez Zatokę San Francisco. Jedno z najcięższych więzień na świecie. Wyszłam z samochodu, przyglądając się białej wieży obserwacyjnej, znajdującej się tuż przy bramie. Spojrzałam do góry, przyglądając się megafonom zamontowanym na szczycie. Brama zamknęła się za nami z łoskotem. Patrzyłam na mury, zwieńczone wieżyczkami. Słychać zza niego było gwar.

Przyjechaliśmy akurat w dniu, kiedy przywieziono nowych więźniów. Widziałam mężczyzn w niebieskich uniformach z papieru, których kostki i nadgarstki były krępowane przez łańcuchy. Stali w kolejce do rejestracji, aby później przejść kontrolę osobistą. Wszędzie panowała niezmącona cisza. Nikt nie rozmawiał, nie starał się uciekać. Ich życie zostało przesądzone. Tu ma się tylko dwa wyjścia. Albo wstępuje się do gangu i jest szansa na przeżycie, ale i wpakowanie się w większe problemy, albo trzyma się z boku i czeka aż inni cię zabiją lub też co gorsza, zabijesz sam siebie. 

Mordercy z CreepypastWhere stories live. Discover now