Rozdział 14

277 21 2

  Siedziałam na szerokiej balustradzie, wpatrując się w zachodzące słońce bez żadnego oparcia pod stopami. Za plecami urwisko wzburzonych szeptów, a przed sobą przepaść trzydzieści metrów w dół, która nie wydawała się taka straszna. Rzeczywistość jednakże była nie do zniesienia, gdyż była niecała wiadoma. Docierała do mnie w ułamkach zdarzeń, w strzępach relacji. Wiedziałam o spokojnych pochodach ludzi idących bez sprzeciwu na śmierć. O skokach w płomienie, o skokach w przepaść. Ale byłam po stronie muru, gdzie sądziłam jedną myślą.

- Eris słyszałyśmy, co się stało – odparła podniesionym głosem Gabriela raptownie, zdając sobie sprawę z mojego położenia. – Najświętsza kapłanko, miej ją w swojej opiece – sapnęła. Pokręciłam głową na jej modły i dla spokoju obróciłam się szybko, przewieszając nogi na taras.

  Irys pisnęła pod nosem na moje lekceważące życie zachowanie, ale odetchnęła z ulgą.

- Nie mogę uwierzyć, że ta niewdzięczna dziewucha rzuciła się na ciebie – odezwała się oburzona Lila, marszcząc mały nos. – Słuszny los ją spotkał mimo, że współczuję Jaxonowi, iż nieszczęśliwym wypadkiem odebrał jej życie. W końcu znali się a ciężko odbierać tchnienie komuś z kim utrzymywałeś kontakt.

  Niezauważalnie napięłam mięśnie, słysząc tę bujdę, którą najwyraźniej rozpowiedział, choć wydawała się kuriozalna zważywszy, że prędzej czy później obecna przy wydarzeniu straż mimowolnie wypuści plotki.

- Słuszna uwaga – przytaknęłam, siadając przed toaletką w strefie łaźni. Bez słowa Irys zaczęła zaplatać warkocz a reszta przyszykowała ciepłą kąpiel w której zrelaksowałam się, starając pozbyć się osowiałych myśli.

  Nie wiedziałam na kogo skierować złość – na siebie czy niego. Gdybym obwiniła Jaxona równie dobrze mogłabym położyć ciężar na swoich barkach, ponieważ poprzez odrzucenie, wręcz pchnęłam go w jej ramiona. Nie chciałam przyznać sama przed sobą, że wykrzyczane mi przez Tatianę słowa w twarz ostudziły moją czujność. Tylko, dlatego zdołała mnie uderzyć a wtedy popadłam w tą cząstkę mnie, która nie znała litości. Wszystkie krwawe obrazy, które wepchałam jej do umysłu były gorsze niż samo przebicie mieczem. Tak jak obiecałam, rozbiłam jej umysł w pył. Nie przejęłam się jej krzykami, ponieważ zdrada do jakiej przyczyniła się z Jaxonem była równoznaczna ze śmiercią. 

  Gdy zostałam sama ponownie wyszłam na taras ostatni raz, wpatrując się w niezgłębioną otchłań nocy i na krótką chwilę adrenalina zawładnęła moim ciałem. Upadek byłby łatwą rezygnacją. 

  Jeżeli istniało coś co mnie powstrzyma, kiedy będzie to potrzebne to był właśnie spokój. Nie było gniewu, nie było wściekłości, nie było furii. Nie było nienawiści, nie było wstydu, nie było żalu. Nie było bólu, smutku, przygnębienia. Nie było lęku. Nie było żadnego lęku. Nie dało się złamać tego kto żył bez lęku.

  Jasne powozy zatoczyły krąg, ustawiając się na rozległym dziedzińcu podczas, gdy trębacze zasygnalizowali ich przybycie

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.

  Jasne powozy zatoczyły krąg, ustawiając się na rozległym dziedzińcu podczas, gdy trębacze zasygnalizowali ich przybycie. Czarny muślin wirował dookoła moich nóg z każdym moim krokiem, kusząc swoim prześwitem. Warstwy zapewniały ochronę przed skandalem, jednak mimo to była prosta w swoim kunszcie ze złotą tarczą na piersi.

Queen of BloodPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!