76.

302 52 3

Amastine był na siebie wściekły. Gdyby tylko mógł, zrzuciłby całą winę na Feivarra, ale to był wyłącznie jego pomysł, aby udawać bardów. Dlaczego w ogóle pomyślał o bardach? Dlaczego nie mogli to być handlarze? Tylko skąd mógł wiedzieć, że król może sobie zażyczyć ich usług?

Wszystko działo się tak szybko, że nie mieli nawet czasu ułożyć jakiegokolwiek planu ucieczki. Chociaż im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że i tak nie byłby w stanie nic wymyślić.

Wysłannicy króla znaleźli ich bladym świtem i czekali na nich przed gospodą, w której zatrzymali się na noc. Nim zdążyli zorientować się w swojej sytuacji, było już zbyt późno – zostali pojmani i siłą zmuszeni do udania się do Endar.

– Proszę, przestań się obwiniać – jęknął elf. Siedział na szerokim parapecie okna w pokoju, który im przydzielono i od dłuższego czasu przyglądał się jak jego przyjaciel biega w kółko, próbując w ten sposób wyładować swoją złość.

– Jeśli chcesz, mogę zacząć obwiniać ciebie – prychnął czarodziej i obrzucił go pełnym wściekłości spojrzeniem. – Odpowiada ci taka opcja?

– Niech będzie – Feivarr zgodził się szybko. – Zrzuć całą winę na mnie. Czy to cokolwiek zmienia?

– Tak. Jesteś idiotą. Dlaczego im nie odmówiłeś?

– Naprawdę nic nie zauważyłeś?

– Co miałem zauważyć? – Genciel zatrzymał się w końcu i przyjrzał uważniej elfowi. Zbladł raptownie, uświadomiwszy sobie, jak ślepy był do tej pory.

Dlaczego nie zauważył wcześniej, że oczy Feivarra są przekrwione, a pod nimi wykwitły głębokie sińce? Dlaczego nie zauważył jaki był cichy, blady i wycofany? Tak bardzo skupił się na sobie i unikaniu Siribana, że zupełnie zignorował jedynego przyjaciela.

– Czy coś się stało? – zapytał czarodziej już łagodniejszym tonem.

– Królowa elfów została zamordowana – odparł, a jego oczy zaszkliły się od łez. – W nocy rozesłano wiadomość. I tak musiałbym udać się do Endar, aby móc opłakać jej śmierć w kręgu świętych drzew. Przykro mi, że musiałeś przyjechać tu ze mną. Przykro mi również, że będę musiał cię tu zostawić.

– O czym ty mówisz? – jęknął czarodziej. – Jak to „zostawić"?

Feivarr zeskoczył z parapetu, podszedł do niego i uśmiechnął się smutno.

– Nie martw się. Wrócę najpóźniej za tydzień. – Oparł dłonie na jego ramionach, wspiął się na palce i pocałował go w czoło. – Nie szukaj problemów, gdy mnie nie będzie i uważaj na siebie. Gdybyś potrzebował mojej pomocy, pytaj o druidów. Do zobaczenia, Gencielu.

Nie zabrał swoich rzeczy, poza tym, co miał na sobie. Po prostu wyszedł. Było to tak nagłe i niespodziewane, że Amastine jeszcze długo stał na środku pokoju, wpatrując się w drzwi. Gdy dotarło do niego, że został zupełnie sam, opadł na kolana i zapłakał gorzko. Nie miał żadnych wątpliwości, że Meirelles również znajduje się w zamku, ale teraz straciło to zupełnie na znaczeniu. Bez Feivarra nic nie miało dla niego sensu. To on miał go prowadzić i wspierać. Nie miał do elfa pretensji ani żalu, że musiał odejść, po prostu bał się znów zostać sam.

– Nie jesteś sam – jęknęła cichutko jego moc. – Masz przecież mnie...

– Wiem, kochana – zaśmiał się czarodziej. – Ale zdążyłem się już przyzwyczaić, że mam również Feivarra.

– Obiecał przecież, że wróci.

– A jeśli nie będzie chciał już do mnie wrócić?

Trwał w bezruchu tak długo, że jego ciało zupełnie zdrętwiało i objął go chłód. Nie miał siły się podnieść. Czuł się zupełnie pusty.

Śnij zapomnianePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!