Rozdział 7

348 32 2

  Chwyciłam wyciągniętą dłoń Jaxona, który czekał przed powozem, oczekując mojego wyjścia. Promienie obmyły moją twarz, odbijając światło w roziskrzonych kamieniach szlachetnych wieńczących diadem wpleciony w moje włosy.

  Proste poły sukni w kolorze kości słoniowej obmyły moje kostki, gdy dotknęłam stopami ubitą ziemię miasteczka. Ludzie z uśmiechami witali powóz królewski, który przystanął w gwarze ludu.

- Witaj na uroczystym święcie stali – odparł wesoło Adrian, gdy rozglądałam się dookoła, napotykając setki kolorów lilii. Nawet najskromniejszy drewniany dom, który napotkaliśmy na drodze do centrum Oremos był przyozdobiony tym gatunkiem rośliny.

- Czemu lilia? – zapytałam, przechodząc między straganami. Nie mogłam się skoncentrować na jednym punkcie, gdy wszystko jaśniało kolorami.

- Setki lat temu podpisano traktat pokojowy na mocy, którego pięć krain spotkało się na pagórku u podnóża krwawej bitwy – Jaxon rozpoczął spokojny monolog. – Tuż przed ruszeniem na wojnę pewna kobieta dała swojemu małżonkowi kwiat lilii, który zgodnie z symboliką miał go chronić. Mówi się, że w dzisiejszy dzień, czyli datę podpisania traktatu na polu skażonym setkami ciał poległych, rozkwitnął kwiat lilii. W miejscu, gdzie poległ jej ukochany, który nosił mundur krainy Stali. 

- Innymi słowy ludzie potrzebowali pretekstu do świętowania – mruknął przez ramię Adrian, podchodząc do straganu z winem. Tym razem ostrożnie wąchał każdy trunek, szukając podejrzliwych podstępków.

- Zero romantyzmu – przewróciłam oczyma, uśmiechając się do napotkanych osób. Miałam wrażenie, że moje policzki eksplodują od nadmiaru sztucznej radości. Byłam wystawiona na opinię, dlatego każdy gest musiał być wyważony i ostrożny.

  Kobiety obserwowały Jaxona i mnie, idących pod ramię zupełnie jakbyśmy byli normalną zakochaną parą. Z tą sprzecznością, że nie byliśmy w sobie zakochani ani nie byliśmy zwyczajni. Niektórzy gapili się na nas otwarcie, inni starali się zachować resztki przyzwoitości, chowając się za ukłonami.

- Z politycznego punktu widzenia większość ma świadomość naszych przyszłych zaręczyn – Jaxon odpowiedział na moje nieme pytanie. – Obserwują przyszłą królową.

  Z tymi słowami poczułam lekkie uderzenie, gdy wątła sylwetka obiła się o moje łydki. Obróciłam się zaskoczona i dostrzegłam dziewczynkę, która leżała na ziemi, patrząc na mnie z uchylonymi wargami. Ciemne włosy były zaplecione w niedbały warkocz a cerowana sukienka świadczyła o niedostatku.

- Jesteś księżniczką – wysapała, dostrzegając moją koronę. Uśmiechnęłam się do niej życzliwie i wyciągnęłam w jej stronę dłoń na którą spoglądała przez dłuższą chwilę, nim przyjęła ją z wahaniem. 

- Tak, jestem Eris – zaśmiałam się lekko, gdy stanęła na nogi. – Jak masz na imię, słoneczko? 

- Cassidy – szepnęła cicho, patrząc na swoje stopy.

- Cóż, Cassidy dokąd tak szybko biegłaś? – zapytałam, zerkając na Jaxona, który przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy.

- Chciałam popatrzyć na ładne wianki, które robi pani niedaleko – odpowiedziała zakłopotana, ściskając rączkami zabrudzoną sukienkę.

- Może pokażesz mi i księciu Jaxonowi, gdzie dokładnie znajduje się ta utalentowana kobieta? – zgodziła się kiwnięciem główki i nabierając odwagi chwyciła mnie za dłoń.

  Ludzie odsuwali nam się z drogi, jednak z jawnym zainteresowaniem przyglądali się małej osóbce obok mnie. Cassidy zatrzymała się, wskazując na nieznajomą, która zajęta pracą nie zauważyła nowo przybyłych. Aczkolwiek uniosła wzrok, sięgając po lilię, którą chciała wpleść w splot kwiatów i dostrzegła naszą trójkę.

Queen of BloodPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!