ROZDZIAŁ 7 - To JeSt B...

3K 201 6

Gdy lekki szok zniknął szybko do nich podbiegłam. Chyba w samą porę bo już chcieli zadać ostateczny cios.

- Stójcie - krzyknęłam cała czwórka odwróciła głowy w moją stronę - Co wy robicie?!

- Roz... - powiedział Boris, przerwał mu Arthur.

- Pozbywamy się bezużytecznych rzeczy - powiedział to tak jakby wyrzucał, jakiegoś śmiecia, a ten człowiek nim nie jest.

- Zostawcie go - powiedziałam stając przed nimi.

- Roz ty wiesz kogo bronisz - powiedział Daniel.

- Tak wiem bronię kogoś kto tego potrzebuję.

- To jest wilkołak.

- Myślisz że to mnie obchodzi - powiedziałam patrząc trójce w oczy.

- Odsuń się bo musimy dokończyć co zaczęliśmy - powiedział Arthur.

- Nic nie będziecie kończyć lepiej wróćcie do miasta i przemyślcie co chcieliście zrobić.

- Roz on jest B... - zaczął Boris.

- Nie obchodzi mnie kim jest, co zrobił ani czy ma dobre intencje ale wiem jedno jest po części człowiekiem jak m.

- Jak możesz tak mówić - krzyknął Daniel - chyba nie pamiętasz co te potwory Tobie zrobiły, a właściwie twojej rodzinie.

- Pamiętam, ale nie każdy taki jest...

- Ale on... - przerwałam mu.

- Nie ważne kim jest macie go zostawić w tej chwili bo jak nie... - przerwał mi.

- To co ? - zapytał lekko rozzłoszczony Arthur wiedział już, że nic nie zdziała.

- To będziecie musieli pokonać mnie - powiedziałam.

- Ale Roz zrozum on musi zginąć - próbował mnie przekonać Boris.

- Nie nie musi i proszę uszanujcie moją decyzję.

- Dobra - powiedział do mnie po czym zwrócił się do chłopaka na ziemi - Ale jeśli następnym razem cię złapiemy to ona ci już nie pomoże - pokazał na mnie i powiedział, po czym odeszli.

Obróciłam się do chłopaka i ukucnęłam przy nim.

- Boże nic ci nie jest - zapytałam szybko. Miał zakrwawiony bok, ale jak na poszkodowanego wyglądał bardzo dobrze w sensie zdrowotnym. Nie był blady ani nie widać było zbytniego bólu na jego twarzy.

- Ty mnie uratowałaś - powiedział zdziwiony.

- Nie wiem co cię tak dziw.

- Jesteś człowiekiem ja natomiast jak to ujęli potworem i ty mi pomogłaś - powiedział jakbym była jakimś przedszkolakiem, który nic nie rozumie - Mimo, że tej pomocy nie potrzebowałem - powiedział już normalni.

- Nie no wcale jej nie potrzebowałeś, a zwłaszcza teraz gdy chcieli cię zabić.

- Myślisz, że nas można tak łatwo zabić - powiedział rozbawiony - Jakąś badziewną bronią, która by nawet sarny nie zraniła - popatrzył na mnie - Śmieszna jesteś...

- Byłam tu chwilkę i właśnie widziałam jak sobie świetnie radziłeś.

- A żebyś wiedziała już miałem się na nich rzucić, ale weszłaś mi w drogę.

- Wiesz co, po pierwsze jakoś tego nie widzę, a po drugie zamiast podziękować to ty się ze mną wykłócasz.

- Za co mam dziękować - powiedział i zaczął się podnosić.

Governments of doppelgangeryWhere stories live. Discover now