XXVI. Kocham cię, Ene

388 35 6

         Chłodny wiatr powoli zaczął otulać mą twarz. Początkowo nieprzyjemne uczucie przez nagłą zmianę temperatury niemal natychmiast zamieniło się w ukojenie dla moich rozgrzanych policzków. Taki tłok ludzi nigdy na mnie dobrze nie działał.

Oparłam się więc o barierkę, przymknęłam oczy i zaczęłam wsłuchiwać się w szum wiatru.

- Nie tak się umawialiśmy! - usłyszałam nagle.

Dlaczego ludzie nawet tutaj nie dadzą człowiekowi w spokoju odpocząć..? - pomyślałam, po czym wychyliłam głowę za barierkę skąd dochodził krzyk.

         Nagle coś ciemnego zleciało z góry. Przez nieprzyzwyczajone do ciemności oczy, nie byłam w stanie wyłapać jednak czym owa spadająca rzecz była. Sekundę później jednak usłyszałam coś jeszcze. Głośny trzask, który rozszedł się głośno po całej okolicy. Wtedy też poczułam nieprzyjemny dreszcz.

Przestałam trzeźwo myśleć, zerwałam się do biegu, nie wiedząc nawet dlaczego. Moje nogi jednak gwałtownie się zatrzymały jakiś metr od tego co zleciało z góry... Czy też raczej kogo.

- Eric..? - załkałam, podchodząc bliżej.

Istotnie, to był Eric. Leżący we własnej krwi w niedawno zielonej jeszcze trawie. Był nienaturalnie wykrzywiony. Upadł w tak niefortunny sposób, że zarówno na lewej nodze, jak i na prawej ręce miał złamania otwarte. Mój wzrok jednak nie zaprzestał oględzin ciała. Wtedy też dostrzegłam jeszcze jedno złamanie. Ten głośny dźwięk nie wydobył się z samych kończyn... Lecz także i karku, który sprawił, że głowa Erica była wykrzywiona do tyłu w przerażający sposób. Zebrało mi się na wymioty. Wisienką na torcie jednak była jego twarz. Oczy szeroko otwarte, błagające wręcz o pomoc; usta, z których sączyła się obficie krew, jak i nos... Który usilnie próbował złapać powietrze!

Podbiegłam do Erica najszybciej jak mogłam, o mało się przy tym nie potykając. Opadłam gwałtownie na kolana, tuż przy jego twarzy i ostrożnie chwyciłam Erica za policzki, by przenieść jego głowę na swoje kolana, uważając przy tym na jego kark.

- Enefer... - usiłował powiedzieć przez strumień wylewającej się krwi, którą po chwili ledwo wykaszlał.

- Już, spokojnie Eric... Zaraz.... nie martw się, nic ci nie będzie... - powiedziałam szeptem przez łzy. - Na pomoc! Błagam, ktokolwiek!

- Traktowałem cię tak okropnie... - ciągnął dalej Eric. Z niemałym trudem uniósł lewą rękę ku górze, sięgając do mojego policzka. - Póki jeszcze żyje... Ja... - zakaszlał. - Nie chciałem by sprawy się tak potoczyły. Chciałem cię chronić... Moją małą, niewinną siostrzyczkę... - Po policzku spłynęła mu łza, mimo której wciąż próbował się jakoś uśmiechać. - Nie chciałem, by on wiedział, że mi na tobie zależy... Nie chciałem, by ci coś zrobił. Tak bardzo się o ciebie bałem. Za każdym razem gdy ty cierpiałaś, ja...

- Eric, proszę... Nie przemęczaj się... Zaraz... Zaraz ktoś przyjdzie. Na pewno. Nie umrzesz... Nie możesz... - Nawet nie próbowałam powstrzymywać łez, które same się cisnęły. - Pomocy! Ktokolwiek! Proszę! - krzyczałam, oglądając się za siebie, w stronę wejścia do posiadłości. - Błagam!

Po chwili jednak poczułam, że dłoń Erica powoli zsuwa się z mojej twarzy. Gwałtownie więc ją chwyciłam jedną ręką, wracając wzrokiem do blondyna.

- Enefer... To nie... - zakaszlał. - To nic nie da. Nie powstrzymasz tego. Ale.... Nie - ponownie zakaszlał, tym razem kilkakrotnie, wypluwając coraz to większe strugi krwi - martw się... Pogodziłem się już z tym. Ja chciałbym cię jednak prosić o jeszcze jedną rzecz...

Moja anielica || Kuroshitsuji ✓ ~ Do PoprawieniaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!