Szczęście w butelce - cz. I

10 0 0


Zapewne każde z was zastanawiało się kiedyś, jak wyglądałoby wasze życie, gdyby na wszystko był łatwy i skuteczny sposób. Gdybyście za sprawą jednego drobiazgu mogli osiągnąć wszystko, bez wysiłku. Taki świat byłby doskonały, prawda? Tak, byłby doskonały... ale na krótką metę...

To był kolejny, jesienny piątek. Zajęcia właśnie się skończyły i wszyscy uczniowie wychodzili z akademii, kierując się do budynków internatu.

-Co ty na to, żebyśmy wieczorem poszły się gdzieś przejść? Ostatecznie, tylko w weekend wolno nam opuszczać teren szkoły..- zagadała Sonia. Kiedy schodziła ze mną ze schodów, jej blond loki podskakiwały wesoło. Sonia była moją przyjaciółką od trzech lat, czyli od czasu, gdy trafiłam do tej szkoły. Byłyśmy w tym samym wieku i obie uwielbiałyśmy spędzać czas w bibliotece, wyszukując jakichś ciekawych tytułów książek. Różniłyśmy się tylko tym, że Sonia była bardzo towarzyską i popularną osobą, a zawdzięczała to swojej urodzie. Połowa męskiej społeczności oglądała się za nią na korytarzach, a dziewczęta ze wszystkich klas szeptały z zazdrością o jej zgrabnej figurze i wyczuciu stylu w modzie. Też chciałabym, żeby oglądali się za mną chłopcy. Przynajmniej jeden...

Przyjaźń z Sonią przyniosła mi wiele korzyści. Dzięki niej zaczęłam się odzywać w towarzystwie, a jej rady, co do ubioru poprawiły wizerunek mojego mundurka. Ona także skorzystała na naszej znajomości. Pomagając jej w nauce, przyczyniłam się do podciągnięcia jej ocen i polepszenia relacji z nauczycielami.

-A gdzie chciałabyś pójść?- spytałam.

-Do parku. Podobno jest tam jakiś festyn..- odparła wesoło Sonia. Przytaknęłam.


Park wyglądał niesamowicie. Na niemal wszystkich drzewach wisiały sznury miniaturowych lampionów, gdzie nie spojrzeć widać było świece, a zewsząd dochodziły dźwięki folkowych instrumentów. Ludzie kręcili się wokół namiotów, drewnianych powozów i tymczasowo ustawionych parawanów z pamiątkami.

-Jaka jest tematyka tego festynu?- spytałam, gdy mijałyśmy przystojnego młodzieńca w cygańskim stroju, grającego na skrzypcach. Gdy spojrzałam mu w oczy, uśmiechnął się zalotnie, więc szybko odwróciłam wzrok.

-Nie mam pojęcia. Wygląda, jakby do miasta przyjechała jakaś cygańska trupa..- odparła Sonia, wskazując mi dwójkę akrobatów, popisujących się tańczeniem na rękach. Wszędzie rzucały się w oczy barwne i nietypowe stroje, jakieś błyszczące przedmioty i obcej urody ludzie, przemykający w płaszczach, lub pelerynach. Kiedy błądziłyśmy wśród stoisk, natknęłyśmy się na chłopca, może dziesięcioletniego, trzymającego w dłoniach katarynkę, zawieszoną na jego szyi na szerokim, czarnym pasie. Do katarynki przyczepiona była kartka, na której złotymi literami wypisany był napis: „Czy brakuje ci czegoś do szczęścia...?". Przez własną nieuwagę, dosłownie wpadłam na chłopca (a może to on celowo stanął na mojej drodze?).

-O matko, wybacz..- szepnęłam, odsuwając od siebie chłopca.

-Czy brakuje ci czegoś do szczęścia?- zapytał, jakby niepewnie. Spojrzałam na Sonię. Ta wzruszyła ramionami.

-Sprzedajesz coś?- zapytałam, pochylając się nad jego katarynką. Pokręcił przecząco głową i wskazał pobliski drewniany wóz.

-Madame Lunarea cię oczekuje..- powiedział rezolutnie zupełnie, jakby wskazywał mi grzebiącego w śmietniku kota.

-Słucham?- zdziwiłam się. Sonia chwyciła mnie za ramię, najwyraźniej z zamiarem odciągnięcia mnie.

-Porozmawiaj z nią. Brakuje ci czegoś..- odpowiedział chłopiec i odszedł, dalej wygrywając melodię z katarynki. Zdębiałam. Popatrzyłam na pstrokato umalowany wóz. Wyglądał, jak siedziba jakiejś czarownicy.

Szczęście w butelceWhere stories live. Discover now