#14 "Połowa"

25 2 1


Następnego dnia wstałem jeszcze przed wschodem słońca. Nie miałem zamiaru tam wracać przed szkołą, więc zabrałem ze sobą plecak pełen książek. Minąłem śpiącą na kanapie panią domu i zatrzymałem się na chwilę. Wyglądało na to, że kobieta przysnęła podczas oglądania w nocy telewizji. Była w ubraniu dziennym i leżała w rękami wyciągniętymi do góry. Nie mogąc patrzeć, jak śpi bez żadnego przykrycia. Wróciłem do pokoju gościnnego i wziąłem z niego kołdrę. Przykryłem panią doktor, a ta zaczęła mamrotać przez sen:

- Kiri... Kiri... nie zostawiaj nas... Dzieci potrzebują obojga rodziców... Kiri...

- Spokojnie... - Było mi tak jej żal, że musiałem szepnąć jej cos miłego do ucha. - Dzieci mają się dobrze. Choć to trudne... mają ciebie.

- Dziękuję... kochanie... - wymamrotała przewracając się na bok.

Cały czerwony na twarzy wyszedłem w końcu z ich domu. Zrozumiałem, że ten cały Kiri jest ojcem Igora i Julii. To oczywiste, że to właśnie pani Franowicz tęskni za nim najbardziej. Zastanawiałem się nad tym, czy moja matka, gdziekolwiek się podziewa (i jeśli w ogóle żyje), myśli o mnie i o tacie. Zawsze marzyłem o spotkaniu z nią, lecz nie mam nawet pewności, czy pamięta jeszcze, że ma syna. Nigdy nie kontaktowała się ze mną, z ojcem chyba także. Jednak, nawet jeśli nie żywi do nas żadnych uczuć, chciałbym ją zobaczyć. Po prostu czułem, że nie znając jej, jestem tylko połową tego kim powinienem być.

Tak smętnie rozmyślając nad niepełnością mojej egzystencji, kierowałem się w stronę miejsca, gdzie znalazły mnie dziewczyny. Zdążyłem się już zorientować w jakim kierunku powinienem podążać. Minąłem dom Karoliny, jednocześnie widząc przez okno jej sypialni, jak właśnie wstaje z lóżka. Nie miałem jednak zamiaru zabierać jej ze sobą, ani chociażby tłumaczyć po co tam idę, więc przyspieszyłem kroku i szybko zniknąłem z zasięgu jej wzroku.

Wszedłem do sosnowego lasu. Zielone igliwie poryte w większości śniegiem, zasłaniało prawie całe niebo, przez co zdawało się być jeszcze ciemniej. Pnie drzew stały równo jak w wojsku i każdy z ich pył od wschodu pokryty śnieżną pierzyną. Droga leśna była widocznie używana. Musiał tamtędy przejeżdżać jakiś większy pojazd, który zostawił głębokie ślady. Widząc je bardzo się zaniepokoiłem. Ktoś mógł znaleźć mój bolid. Podążyłem za koleinami biegiem. Musiałem się upewnić dokąd prowadziły. Moje przypuszczenia się sprawdziły. Za zakrętem zobaczyłem połamane drzewa i dziurę odpowiadającą mojemu środkowi transportu. Zabrali go, zabrali mój bolid. Tylko kto? Zacząłem szukać jakiś poszlak. Miałem nadzieje, że uda mi się go odnaleźć. W końcu taki bolid to nie tania zabawka. Nawet Xandariańska armia nie mogła sobie pozwolić na więcej niż pięć takich cudeniek.

Nawet coś znalazłem, lecz nie było to wtedy dobrą wskazówką. Moim jedynym znaleziskiem była spinka do mankietu, która kształtem przypominała złotą literę „J". Wsadziłem ją do kieszeni spodni i poszedłem do szkoły. Droga była żmudna i dłużyła się niemiłosiernie. Gdy w końcu tam dotarłem, nie było lepiej. Powiedziałem Igorowi na powitanie, że to nie jego sprawa, gdzie byłem. A ten skłamał, że i tak go to nie obchodziło, choć wszyscy doskonale widzieli, ze było inaczej. Patrzył na mnie z takim okropnym wyrzutem i myślał, że nie zauważę. Na swój sposób byłoby to nawet urocze, gdyby nie chodziło o tego głupiego okularnika.

Podczas lekcji wciąż męczyła mnie ta niezręczna sytuacja pomiędzy mną a Kaśką. Nie wiedziałem jak wytłumaczyć jej mój wczorajszy „wybuch", a ona wyglądała jakby chciała dodać coś jeszcze. Widziałem obawę w jej oczach. Poczucie winy kazało mi ją jakoś pocieszyć. Nie miałem jednak pojęcia jak to zrobić. Olśniło mnie jednak na lekcji fizyki, podczas której robiliśmy doświadczenia związane z optyką. Nauczyciel rozdał nam zestawy soczewek na ławkę, a ja szybko wypatrzyłem dwie równe i przyłożyłem je sobie do oczu.

Star HaresPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!