62.

351 62 0

Pierwsze kilka godzin wlekli się niemiłosiernie. Zupełnie jakby brodzili po kolana w zastygającej lawie. Było to niezwykle irytujące, gdyż obaj doskonale wiedzieli, że dopóki nie pozostawią Ganthir daleko za sobą, nie zdobędą nawet namiastki złudnego bezpieczeństwa. Zdawali sobie również sprawę z tego, że przy ich obecnym tempie jedynie ułatwiają zadanie pościgowi, który Rada z pewnością za nimi wysłała, ale mimo najszczerszych chęci nie byli w stanie absolutnie nic na to poradzić.

Bez względu na to, jak bardzo ifryt starał się ulżyć elfowi, jego stan wciąż był bardzo ciężki; zupełnie jakby nie był w stanie nawet oddychać tym samym powietrzem co mieszkańcy podziemnego miasta.

Nie poganiał go i nie narzekał. Lubił w prawdzie, gdy Merrill się irytował, ale w tej sytuacji nie miało to większego sensu, gdyż jego przyjaciel nie miałby siły nie tylko się rozzłościć, ale nawet zwyczajnie obrazić. Co gorsza, każdą bardziej zdecydowaną próbę pomocy przyjmował jako osobistą obrazę i ujmę na honorze, zaczynał się wtedy niepotrzebnie forsować i ponownie doprowadzał na skraj całkowitego wyczerpania.

– Musimy zrobić postój. Nogi wchodzą mi w tyłek, burczy mi w brzuchu, a jak zaraz nie napiję się wody... – urwał, gdy tylko Merrill pokiwał głową ze zrozumieniem. Prawdopodobnie już dawno przejrzał jego grę, ale ani razu się jej nie sprzeciwił.

Usiedli pod ścianą korytarza i zajęli się uszczuplaniem zapasów. Skrzydlata jaszczurka, która podczas ich pobytu w Ganthir cierpiała równie mocno, co jej właściciel i uparcie chowała się pod jego łóżkiem, teraz wracała do życia, a wraz z nią jej apetyt. Nirr przez cały czas musiał pilnować, aby nie podskubywała przydziałów elfa, co wcale nie było takie proste.

Merrill rzucił mu podejrzliwe spojrzenie spod sinych i opuchniętych powiek, po czym pociągnął łyk wody ze swojej manierki. Może znali się już na tyle dobrze, by rozumieć się bez słów, a może po prostu w tej sytuacji przekaz był wystarczająco jasny.

Mieli ogon i powinni się go jak najszybciej pozbyć. Byłoby im również na rękę, gdyby nadłożyli trochę drogi i spróbowali zmylić każdą inną formę pościgu. Bo tego, że będą jakieś „inne formy", Nirr był absolutnie pewien. Pracował dla Rady Ganthir wystarczająco długo, by o tym wiedzieć. Właściwie od dnia, w którym został strażnikiem szykował się na ewentualność, że władze miasta użyją swych mocy przeciwko niemu. Nie był to bynajmniej przejaw paranoi – każdy, kto oswoił się z życiem w tym mieście węży i pająków, dochodził do tych samych wniosków.

Tak, węże i pająki – właśnie to im teraz groziło. Musieli uważać nie tylko na żołnierzy naga, ale również na zatrute wody, magiczne oczy, nocne szepty i setki innych zaklęć, jakich Rada rutynowo używała w podobnych przypadkach. Byłby głupcem gdyby wyszedł z założenia, że potraktują ich łaskawie z sentymentu czy litości. Tak długo, póki służyli za przewodników, byli względnie bezpieczni, potem jednak staną się zupełnie zbędni i Rada nie będzie miała żadnych wątpliwości co do tego, co powinno się z nimi zrobić.

Ifryt uważnie obserwował towarzysza. Nie mógł się wyzbyć lęku o jego zdrowie. Wiedział, że ma do czynienia z doskonale wyszkolonym żołnierzem, a jednak czuł się zaniepokojony. Nie było w tym nic dziwnego. Jego los znajdował się teraz w rękach elfa, który co jakiś czas dostawał napadów i tracił przytomność, a znów innym razem dochodził do wniosku, że powinien zabić wszystkich, którzy się do niego zbliżą. Włącznie z samym ifrytem.

Najgorsze było to, że nie mógł tak po prostu podzielić się z nim swoimi obawami, bo dałby mu tym samym do zrozumienia, że wcale mu nie ufa.

Merrill czując na sobie jego spojrzenie, łypnął na niego spode łba, na co Nirr uśmiechnął się jedynie. Od dnia, w którym porzucił Ganthir, ten wątpliwy sojusz był wszystkim, co miał, zamierzał więc utrzymać go tak długo, jak tylko będzie to możliwe.

– I jak? – zapytał, by przerwać ciszę. – Myślisz, że zbliżamy się już do celu?

Elf westchnął. Jego oblicze rozjaśniło się nieco, gdy zamknął oczy i zaczął głębiej oddychać. Niezbyt utalentowani magowie pomagali sobie w ten sposób skoncentrować moc – oczyszczali umysł ze zbędnych myśli i kierowali pojedynczą nić w obranym kierunku. Metoda ta pomagała najwidoczniej również elfowi, bo już po chwili otworzył oczy i skrzywił się jednoznacznie.

– Nie mam zielonego pojęcia – warknął, lecz jego gniew nie był skierowany przeciwko ifrytowi. – Jestem w stanie wyczuć to miejsce, ale droga do niego to zupełnie inna sprawa. Nie potrafię sięgnąć magią dalej niż kilkaset metrów.

– Więc nie pozostaje nam nic innego, jak iść dalej – westchnął Nirr. Korzystając z zaskakującej rozmowności elfa, postanowił poruszyć dręczący go ostatnio problem: – Czy nie sądzisz, że byłoby dobrze nadłożyć nieco drogi, by zmylić pościg?

Ku jego zaskoczeniu Merrill uśmiechnął się blado i pokręcił przecząco głową.

Wciąż ta „ona". Nirr już dawno przestał się łudzić, że dowie się o „niej" czegoś konkretnego. Postanowił po prostu zdać się w tej kwestii na elfa. Teraz, gdy jeszcze raz prześledził w myślach trasę, którą pokonali, doszedł do wniosku, że rzeczywiście kluczyli podziemnymi korytarzami znacznie bardziej, niż nakazywała logika, lecz nie wystarczająco, by wzbudzić czyjeś podejrzenia. Może „ona" była przygotowana na taki obrót sprawy? Czy ktokolwiek poza elfem mógł mieć o tym jakieś pojęcie?

Chociaż ich postój przedłużał się niepotrzebnie, Nirr doszedł do wniosku, że im obojgu dobrze to zrobi. Chociaż elf rzucał mu ukradkiem podejrzliwe i naglące spojrzenia, ifryt uparcie tkwił w miejscu z wyrazem błogiego rozleniwienia na twarzy. Było to tak niestosowne w tej sytuacji, że musiał zapewne wyglądać przekomicznie, choć komizm ten najwidoczniej nie docierał do Merrilla. W końcu dał jednak za wygraną i również się odprężył, co niezwykle ucieszyło Nirra. Po pierwsze dlatego, iż oznaczało to, że postanowił mu zaufać. A po drugie i równie ważne – nareszcie odzyska nieco sił, co będzie kluczowe, jeśli zamierzali pozbyć się ogona.

Poniewczasie ifryt przyłapał się na tym, że udało mu nawet się przez chwilę zdrzemnąć. Jednak nie tylko on poległ w boju ze zmęczeniem. Elf również pochrapywał sobie w najlepsze, chyba po raz pierwszy od cyklu, w którym opuścili Ganthir. Nie miał serca go budzić, zamiast tego pozwolił, by jego srebrnowłosa głowa opadła mu na ramię, w czym pomógł jej nieco, przyciągając do siebie Merrilla. Słyszał jego ciche mamrotanie i miał pewność, że właśnie teraz „ona" decyduje o tym, co powinni zrobić dalej.

Było to zaskakująco pocieszające. Zdejmowało z nich choć część odpowiedzialności za to, co się stanie. Dobrze też było wiedzieć, że są jeszcze takie istoty, które nie będą próbowały ich zabić lub wykorzystać.

– Chyba powinniśmy ruszać – westchnął Merrill zaraz po przebudzeniu, jednak wbrew swoim słowom, nie wstał, lecz wtulił się mocniej w bok ifryta. Nirr również nie palił się do tego, aby wznowić ich wędrówkę. Nawet mały smok zwinął się ciaśniej na ich kolanach. W końcu nic się nie stanie jeśli posiedzą tak jeszcze chwilę lub dwie... Brakowało im tylko dobrego wina, płonącego ogniska i skwierczącego nad nim mięsa ciemnego od ziół. Czy kiedykolwiek będą mogli pozwolić sobie na taki luksus?

Wymarsz odwlekali zaskakująco długo. Do tej pory zdążyli pochwycić już pewną rutynę, lecz teraz nie mogli ponownie w nią wejść. Wlekli się ramię w ramię, a nad nimi wisiała gęsta mgła niedomówień. Dzieliły ich słowa, które nigdy nie padły i których bali się, choć pragnęli je usłyszeć. Słowa proste, a zarazem ciężkie, lekkie, a stające w gardle niczym zbyt duży kęs po wielu dniach postu. Nie łudzili się, że któryś z nich w końcu je powie. Przeciwnie – mieli pewność, iż nigdy nie padną, zupełnie jakby zawarli ze sobą umowę o milczeniu.

Ale tak właśnie było najlepiej.

Śnij zapomnianePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!