Rozdział 1

637 53 13

  Jaxon

  Trębacze zasygnalizowali jej przybycie i mimowolnie skrzywiłem się, przemierzając szybkim krokiem marmurowe schody. Powietrze przesączone było nadzwyczajnym podekscytowaniem, które elektryzowało dwór do wyjścia na zewnątrz. Na szczęście ponad tym wszystkim wciąż mogłem poczuć znajomy słony zapach unoszony przez wiatr z pobliskiej wody Urenos.

- Nie tryskasz radością, braciszku – odezwał się rozbawiony głos w momencie, gdy ruszyłem żwirowym podjazdem otoczonym rozległymi ogrodami. – Spotkanie po latach przyszłej żony powinno być, co najmniej ekscytujące.

- Kiedy ostatni raz ją widziałem miała dziewięć lat – burknąłem, zerkając kątem oka na nie wyjściowy strój brata. Jedynie czerwona peleryna odróżniała go od zwykłych dworzan. – Była chuda, szczerbata i zawsze miała swoje zdanie.

- Na pewno ma już zęby – parsknąłem na jego pocieszającą uwagę i podrapałem się za gryzącym kołnierzem czarnego kubraku. Stalowy symbol miecza z koroną na rękojeści lśnił w świetle dnia. – O jej urodzie słyszałem różne rzeczy, ale na pewno nie, że jest bezzębna.

  Wiedziałem o tym. Można było rzec, iż o jej pięknie krążyły legendy. O oczach w najczystszym odcieniu akwamaryny i alabastrowej cerze ledwo muśniętej promieniami słonecznymi przez północny chłód.

  Niezauważalnie przyspieszyłem, gdy dostrzegłem ciemną karocę ozdobioną niebieskimi zdobieniami i drugi powóz załadowany skrzyniami.

  Z wysoko uniesioną głową zająłem miejsce po prawicy ojca, gdy Adrian podszedł do matki. Królowa dała mi jedno mignięcie okiem, które wyrażało dezaprobatę z powodu mojego spóźnienia. A może po prostu istnienia.

  Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to poły sukni w kolorze nocnego nieba otoczone chmurą diamentów, które odbijały promienie słoneczne. Mimowolnie wstrzymałem dech, gdy ruszyłem w kierunku jej dworu w akompaniamencie szeptów ludzi, którzy przyszli przywitać księżniczkę Krwi.

  Potem ujrzałem wysokie kości policzkowe i pełne usta ściągnięte w lekko zesztywniałym wyrazie, jak gdyby powstrzymywała się od przygryzania warg ze zdenerwowania. Była powalająca w najlepszym tego słowa znaczeniu. Tuż za nią stanęły trzy dwórki, które najwyraźniej przyjechały drugim powozem.

- Wasza Miłość – skinąłem głową, splatając dłonie za plecami. Odwzajemniła wymuskanie gest i uśmiechnęła się lekko, podczas gdy dziesiątki osób obserwowało nasz najmniejszy ruch.

- Książę Jaxon – odezwała się aksamitnym głosem, który mógłbym przysiąc przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Podczas, gdy dawała dobry pokaz, poprzez zwykłe uniesienie ust do góry, jej oczy były bez wyrazu.

  Osiemnastoletnie ciało ze stuleciami przeżyć w źrenicach. Jakby była jednocześnie w dwóch miejscach oddalonych latami bólu. Mgliste eteryczne poczucie istnienia. Istnienia, ale nie stawania się. Bez upływu czasu, bez przeszłości i przyszłości. Tylko nieskończone, pozbawione wyrazu teraz a raz niemal niedostrzegalne w tej niezmierzonej chwili, niesprecyzowane i surowe, narodziny percepcji.

  Jakby przez cały czas analizowała każdy szczegół – starała się zrozumieć.

  Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że byliśmy jedną duszą w dwóch ciałach.

    Eris  Stałam na balkonie, trzymając dłonie płasko na stalowych żłobieniach balustrady, gdy przyglądałam się zwieńczeniom murów obronnych i ciągnącym się wioskom tuż za rozległymi lasami

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.

  Eris

  Stałam na balkonie, trzymając dłonie płasko na stalowych żłobieniach balustrady, gdy przyglądałam się zwieńczeniom murów obronnych i ciągnącym się wioskom tuż za rozległymi lasami.

  Dokładnie dziewięć lat temu bawiłam się pośród labiryntu ogrodu a teraz ponownie znalazłam się pośród pełna migotliwych, wież i mostów, domków i wieżyczek, izb i kopulastych, niekończących się korytarzy.

  Tym razem bez drogi powrotnej. Na mocy sojuszu królestwa Stali i Krwi miałam zostać w niedalekiej przyszłości królową u boku Jaxona. Równej jemu i jego słowom, czynom i panowaniu.

  Ciche pukanie ostudziło moje smętne rozmyślania i podniosłam głos, udzielając wstępu nowo przybyłemu. Obróciłam się w momencie, gdy do komnaty wkroczyła wysoka postać. Ukłonił się szybko i przez chwilę miałam ochotę skrzywić się na tę formalność.

  Nie byliśmy rozwydrzonymi dziewięciolatkami, którzy mimo odmiennych płci i poglądów, bili się na drewniane miecze. Dorośliśmy.

 Stałam przed drzwiami tarasu, wpatrując się w szmaragdowe oczy pełne skupienia i czegoś więcej – nienawiści. Nie do mnie. Do świata. Do siebie. Odróżniałam to, ponieważ każdego wieczoru patrzyłam na siebie w lustrze, widząc te same emocje.

  Nosiliśmy nienawiść, jak okrutną drugą skórę.

  Kosmyki o najciemniejszym odcieniu kasztanu sterczały we wszystkie strony, jak gdyby od niechcenia przeczesywał je palcami. Opalona skóra, która kontrastowała z moją, białą niczym płatek śniegu. Oficjalny ubiór znikł, odsłaniając szerokie barki ukryte pod lnianą koszulą. Jego sylwetka była niczym wspaniale ulepiona rzeźba, wykonana przez najlepszego artystę.

- Chciałem się zapytać czy masz ochotę zjeść uroczysta kolację w głównej jadalni, czy wolisz zostać w zaciszu swojej komnaty, księżniczko? – zapytał grzecznie i miałam ochotę zaśmiać się na jego powagę. Z pewnością nie zachowywał się, jak rozwrzeszczany chłopczyk.

- Chyba odmówię i zostanę tutaj – przytaknęłam powoli jakby, potwierdzając swoje zdanie. – Podróż była męcząca.

- Oczywiście, rozumiem – odpowiedział, wycofując się powoli do wyjścia. – Powiem służbie, aby przyniosła posiłek tutaj.

- Proszę, mów mi Eris – rzekłam nim mogłam się rozmyślić. – Kiedyś spędzaliśmy wspólnie wiele tygodni. Przed nami widnieją lata, więc przynajmniej porzućmy ten sztywny ton.

- Jaxon – uśmiechnął się lekko, odsłaniając rząd śnieżnobiałych zębów. – Masz na jutro plany?

- Prócz unikania wścibskich spojrzeń, nie – przyznałam doskonale, zdając sobie sprawę z sensacji spowodowanej moim przybyciem.

- Masz ochotę zobaczyć nazajutrz czy teren zmienił się pod lata twojej nieobecności? – przekrzywił nieco głowę, czekając na moją odpowiedź.

- Może być ciekawie – zgodziłam się ogólnikowo.

- Zacznijmy od śniadania o dziesiątej – dostosowałam się i w momencie, gdy chciał wyjść, zwróciłam jego uwagę.

- Teraz będę musiała unikać nie tylko wścibskich spojrzeń, ale również zazdrosnych – zaśmiał się na mój komentarz, życząc dobrego wieczoru.

  Utulona niespokojnym spoczynkiem, śniłam o kamieniach w najszlachetniejszym odcieniu zielonego. Akwamaryny dojrzewały ze szmaragdami, lecz szmaragdy były kruche i rozpadały się na mniejsze kawałki, akwamaryny zaś były mocniejsze, bez problemu tworzyły olbrzymie kryształy nie były, więc dużo warte. Prawdziwie cenny był szmaragd, który nie pękł.

Od Autorki:

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.

Od Autorki:

Ponownie witam w tym nadzywczaj, jak na mnie krótkim rozdziale.

Zapewniam, że kolejne działy będą o wiele dłuższe, jednak zdażą się i takie, które aby zbudować napięcie będą ukrucone w słowach.

Może brak zaspokojonej ciekawości sprawi, iż pozostaniecie ze mną do samego emocjonującego zakończenia.

Queen of BloodPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!