Kiedy umiera miłość

16 1 0


- Już cię nie kocham.
Mimo upływu czasu te słowa pobrzmiewały echem w mojej głowie. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam młócić pościel gołymi rękami, czułam ból, fizyczny ból, jakby coś rozdzierało moją klatkę piersiową na pół. Zacisnęłam palce na błękitnej pościeli i zawyłam.
To nie był ludzki odgłos.
To nie było kobiece łkanie.
Tylko ryk skrzywdzonego zwierzęcia, krzyczałam, aż gardło mnie paliło, tylko tak mogłam zagłuszyć dręczące głosy w mojej głowie, cierpienie fizyczne wydawało się w tej chwili dużo lepsze.
On cię nie chce, mówiły, zostawił cię.
Wydarłam się jeszcze głośniej, powieki miałam kurczowo zaciśnięte, gdzieś w głębi świadomości słyszałam wołanie matki "CO SIĘ STAŁO?" Słyszałam jej bezsilność, strach o własne dziecko... nie byłam w stanie odpowiedzieć. Próbowała mnie przekrzyczeć, ale było to niewykonalne, po policzkach stale spływały mi strugi łez. Nie, to nie były strugi, tylko istne potoki, jakby w moich oczach nagle zwolniła się jakaś tama. To cierpienie było tak duże, że nawet moje ciało protestowało, kiedy zabrakło słów na opisanie tego co czułam, pojawiły się łzy i nieznośny ból w klatce piersiowej.
Osunęłam się na podłogę, jej chłodu nawet nie zauważyłam, byłam jedną wielką esencją cierpienia. Czułam ciepłe dłonie łapiące mnie za ramiona, nie wiedziałam gdzie się znajduję, gardło miałam zdarte do granic możliwości. Kiedy ból znów uderzył, próbowałam krzyknąć, ale z mojego gardła wydobyło się jedynie nieprzyjemne, skrzekliwe chrobotanie, zupełnie jakby ktoś próbował tchnąć życie w dawną martwą maszynę.
Tak właśnie się czułam. Martwa. 
Jakby ktoś wyrwał mi serce i wsadził w jego miejsce kamień. Zwinęłam się w kłębek, mając nadzieję, że w tej dziecięcej pozycji uda mi się uniknąć choć części ciosów. Nadzieja okazała się płonna, leżałam więc i łkałam, zalewając jasną podłogę, jakieś ręce mnie podniosły, czyjeś silne ramiona objęły mnie i kołysały, szepcząc coś kojącym głosem. 
Nie zrozumiałam ani słowa.
- Moje biedne dziecko- to jako pierwsze do mnie dotarło. Odetchnęłam głęboko, czując znajomy zapach.
Byłam w domu. W ramionach ukochanej matki. Kołysała mnie, tak jak robiła to milion razy kiedy spadłam z roweru, albo wyrwałam włosy ulubionej lalce. Myślałam że już z tego wyrosłam... w tej chwili pragnęłam, by tamte czasy wróciły.
Uczepiłam się kurczowo jej miękkiej skóry, pozwoliłam się kołysać, w moim sercu i umyśle dalej szalała burza, rozpacz, brak nadziei. Co miałam zrobić? Przecież tak bardzo kochałam...

Moje HistorieWhere stories live. Discover now