Rozdział VII

71 10 2
                                                  

— Wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci.

Ezarel był zadziwiony tym komplementem ze strony Eweleïn i chętnie by podziękował, lecz obawiał się, że to kosztowałoby go zbyt wiele wysiłku. Wobec tego, gdy tylko wszedł do Przychodni, rozejrzał się błędnie po przestronnym, jasnym pomieszczeniu, wypatrzył najbliższe łóżko i ciężko na nie opadł. Elf pomyślał wówczas, że gdyby teraz do środka wpadł jakiś chory, nie byłoby siły, która ściągnęłaby Ezarela z posłania.

Istotnie, szef Straży Absyntu czuł się tak samo źle, jak wyglądał. Fioletowawe cienie pod oczami upiornie kontrastowały z chorobliwie bladą cerą, niebieskie włosy były potargane i niezbyt dokładnie związane na karku, a zazwyczaj idealnie czysty kitel był pognieciony i poplamiony. Leżąc na wznak, Ez wpatrywał się pustym spojrzeniem w sufit, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dopadł go tak silny kac. Do niczego innego bowiem nie mógł przyrównać tego stanu, który go powoli wykańczał.

— Przynajmniej coś znalazłeś? — spytała Eweleïn nieco pretensjonalnym tonem.

Ezarel lekko odwrócił głowę, z rozbawieniem obserwując, jak przyjaciółka krzyżuje ręce na piersi, mierząc go podejrzliwym, choć nieco zatroskanym spojrzeniem. Spodziewał się tego sceptycyzmu i chyba właśnie dlatego po zakończeniu badań przyszedł właśnie do niej. Swoją drogą, że jako jedna z niewielu potrafiła zrozumieć te wyniki i wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Przede wszystkim jednak Ez liczył, że jej chłodny realizm i nieustępliwość postawią go na nogi.

— Kurwa — westchnął lekko, ponownie odwracając głowę i wręcz z rozmarzeniem wpatrując się w sufit. — Zarwałem dwie noce. Nie śpię od około pięćdziesięciu godzin. Poza tym jestem rozczarowany swoim wynikiem. Dwa dni, Lein. Dwa dni! Jak mogłem się tak opuścić? Chyba wypadam z formy. Masz na oku jakiegoś sprytnego alchemika? To już chyba czas, Lein. Czas szukać zastępcy. Ty! A może ciebie mianuję na Szefową? Podszkolisz tylko tę całą Ariadnę na medyka i tyle!

Eweleïn coraz bardziej traciła cierpliwość i Ezarel doskonale o tym wiedział. Znowu się uśmiechnął, po czym westchnął męczeńsko i z trudnemu podciągnął się na łóżku, opiekając się o przyjemnie chłodną ścianę. W nonszalanckim geście splótł nogi na kolanach, machinalnie bawiąc się kosmykiem swoich długich, niebieskich włosów.

— Jednak odpowiadając na twoje pytanie — zaczął leniwie, podejrzewając, że prędzej czy później Eweleïn go pogoni — coś tam znalazłem. I to chyba całkiem sporo, ale jeszcze nie wszystko.

— To znaczy?! — zawołała jednocześnie zniecierpliwiona i podekscytowana. — Dowiedziałeś się, co przenosi notridioksyna?! Wiesz, co dolega Metztlin?!

— Nie. — Ezarel nagle spoważniał, prostując się na łóżku i patrząc na Eweleïn ponuro. Jednak to trwało tylko chwilkę, bo kilka sekund później pobladłą ze zmęczenia twarz elfa wykrzywił złośliwy uśmieszek, jakże dla Ezarela charakterystyczny. — Jesteś w stanie poświęcić się na rzecz nauki?

Eweleïn zmarszczyła czoło, najwyraźniej nie mając pojęcia, o co mogło mu chodzić. Jej zniecierpliwienie nieco zelżało, choć nadal była niezadowolona z tych podchodów, w które bawił się Ezarel.

— Ez, czy możesz mi wreszcie powiedzieć... — zaczęła zmęczonym tonem, lecz elf błyskawicznie jej przerwał.

— Jesteś czy nie?

— Oczywiście, że tak — odparła bez namysłu.

— Świetnie.

Ezarel jak gdyby nigdy nic wstał, rozciągnął się, zamruczał jak kot, po czym zaczął grzebać w jednej z wewnętrznych kieszonek swojego płaszcza. Po chwili wyjął stamtąd malutką fiolkę z ciemnoczerwoną cieczą. Doskonale im wszystkim znaną ciemnoczerwoną cieczą. Elf zaczął obracać fiolkę między palcami, przyglądając się jej z zaciekawieniem. Ezarel czuł na sobie piekące spojrzenie przyjaciółki i był pewien, iż Eweleïn już sobie wyobrażała rozpoczęcie własnych badań.

Teatr NigredoPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz