33. Nie wszystko co piękne, piękne pozostaje

534 81 14

Ktoś nadal zasłania mi oczy, a mocny uścisk tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że moim porywaczem jest mężczyzna. Czuję jego wodę kolońską, a także cuchnący odór błota, krwi i... metalu. Próbuję się szarpać, uwolnić z żelaznego uścisku. Próbuję zrobić cokolwiek, by choć raz nie wyjść na ofiarę, którą trzeba ratować z opresji. Nawet zastanawiam się nad wyciągnięciem mych skrzydeł, ale ostatecznie zostaję rzucona na podłogę, i dopiero wtedy oprawca ściąga mi przepaskę z oczu. Momentalnie lustruję ciemne pomieszczenie, czując tak dobrze znany mi zapach. Idealnie odddający klimat Piekła. Boję się zerknąć, kto mnie porwał, lecz ostatecznie robię to mizernie powoli.

– Mariano?! – krzyczę, zatykając sobie buzię. Nie wierzę! Co on tu... co on tu robi, do cholery?! To na pewno jest jakiś piekielny sen. Cholerny koszmar, z którego zaraz się wybudzę i będę z powrotem w ramionach męża. Chociaż moment. Nie chcę być w jego ramionach. A przynajmniej dopóki nie przemyśli sobie, że swoimi słowami bardzo zranił moje babskie ego, moją kobiecą, delikatną duszę. Okej, potrafię być niezłą twardzielką, ale jeśli chodzi o dzieci, o moje marzenia... powinien się powstrzymać. Zresztą, o czym ja myślę w takim momencie?!

– Cicho bądź. I tak nikt cię nie usłyszy, a zrobisz jeszcze tak, że oboje stracimy słuch – burczy mężczyzna, choć tak właściwie w ogóle nie przypomina głosem mojego brata. Wpatruje się we mnie z odrazą, więc nie pozostaję mu dłużna. Przestałam posiadać rodzeństwo, gdy Marianino zaatakował mnie na rozdrożu, chcąc uniknąć kary za swoje zbrodnie. Stracił się w moich oczach na zawsze.

– Co ty wyprawiasz? Co tu się w ogóle dzieje?! – Nie przejmując się wcześniejszym upomnieniem nadal wydzieram się wniebogłosy. Przecież on mnie porwał i zamknął w jakiejś klatce jak dzikie zwierzę! Nie pozwalam sobie na takie traktowanie bez powodu. Jeszcze jakbym zasłużyła to w porządku, niech mnie zamykają nawet w cyrku, ale bez konkretnej argumentacji niech trzymają się zdala od mojego napadu wściekłości.

– Porozmawiamy, jak się uspokoisz.

– Żartujesz sobie? Najpierw mnie porywasz, a teraz oczekujesz, że będę spokojna. Na rozum upadłeś, Marianino? Kim ty jesteś, co się dzieje, do cholery jasnej?

– Jak na anioła to niezłe masz słownictwo – kwituje, posyłając mi rozbawione spojrzenie, które w ogóle nie sięga jego oczu. Jest po prostu ironiczny, sarkastyczny i ewidentnie zadowolony, że jego plan się powiódł. Naprawdę nie poznaję swojego brata. Co on robi w Hiszpanii, jak się tu dostał... kim właściwie jest? Chwilunia. Nazwał mnie aniołem?!

– Nie jesteś Mariano. Nie jesteś moim bratem – oznajmiam sucho, na co mężczyzna wydaje z siebie głośny śmiech, zaczynając klaskać.

– Brawo, już myślałem, że będziemy tak bawić się w rodzeństwo w nieskończoność. Użyczyłem ciała twojego brata, ale to nie oznacza, że nie przemawia teraz on. Jesteś mi coś winna, panienko. Pojawiłaś się nie w tym świecie, co trzeba. Teraz przyjdzie ci za to zapłacić.

– Czym? Nie mam już duszy, nie mam niczego do zaoferowania, a tortury na mnie... nie działają – kłamię. Oczywiście, że działają, ale tego nie musi wiedzieć. Im mniej przeciwnik wie, tym korzystniej dla ofiary. Zagryzam wargę, by na chwilę uspokoić drżenie głosu. Liczę, że moje nogi nie rozpoczną swojego osobistego tańca, który zwykle dopada mnie przy stresujących sytuacjach.

– Po pierwsze: jestem gentelmenem, więc przedstawię się, choć zdaję mi się, że mieliśmy już całkiem bliski kontakt... – przerywa, by zobaczyć moją reakcję, lecz widząc niewzruszenie tymi słowami, postanawia kontynuować. – Me imię to Fokalor, a przez twojego chłoptasia zostałem brzydko nazwany Foką, więc jestem podwójnie wściekły.

Maska AniołaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!