Ale nie chciał.

Znów poczuł mdłości, tym razem tak silne, że omal nie stracił władzy nad własnym ciałem i nie zsunął się z fotela. Sięgnął po stojący nieopodal na stoliku kielich z winem i niemal wbrew własnej woli zaczął topić rządzę władzy w słodkim alkoholu.

Tak bardzo się sobą brzydził. Kazał służbie ustawić fotel w kącie, do którego o żadnej porze dnia nie docierały promienie słońca. Nie miał odwagi wystawić swojego zepsucia na światło dnia.

Przez całe życie utwierdzał się w przekonaniu, że był wolny od pragnienia władzy, którym od najmłodszych lat pojony był Grisha, jego starszy brat. Wszyscy zawsze z łatwością dostrzegali dzielące ich różnice. To Grisha był urodzonym królem, to on zawsze wykazywał się siłą, uporem, a gdy trzeba było również okrucieństwem. Zawsze cichy i pokorny Shahivar wydawał się złym wyborem nawet na regenta. Gdy po tragicznej śmierci brata przyszło mu objąć to stanowisko, ledwie znalazł w sobie dość odwagi, by po raz pierwszy zasiąść na tronie.

A może w cale tak nie było? Może podświadomie obawiał się, że raz zasmakowawszy władzy, nie będzie w stanie odsunąć od ust tego słodkiego owocu?

Wiele lat temu tłumaczył sobie, że jeśli nie obejmie władzy do czasu, aż Xhenta nie dorośnie, zrobią to możni z Jurado. Gdyby na to pozwolił, jego bratanek stałby się jedynie marionetką w ich obrzydliwych gierkach i nigdy nie zostałby królem, jakim chciał uczynić go Grisha. Shahivar utwierdzał się w przekonaniu, że robi to wszystko z miłości do brata i jego rodziny.

Do dnia, w którym znalazł w sobie nie tylko talent, ale i miłość do sprawowania władzy. Okazał się lepszym królem, niż ktokolwiek śmiał przypuszczać. Pod jego troskliwym wzrokiem Tirath rozkwitło, stając się potęgą równą innym krajom połączonym przymierzem. To właśnie Shahivar, a nie Grisha, przywrócił mu chwałę i bogactwa, z których słynęło jedynie w starych legendach. Więcej nawet! W żadnej z tych legend ani słowem nie wspomniano o szczęściu poddanych, o zniesieniu niewolnictwa, które obyło się bez krwawych powstań, o budowaniu zaufania i wzajemnego szacunku pomiędzy możnymi a rzemieślnikami.

To wszystko było jego zasługą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jako zapłaty zażądał tronu dla siebie i swoich synów. Wiedział jednak, że przez słabość swego własnego ciała nigdy nie spłodzi potomka. Władza zatem bez względu na jego decyzje i tak trafiłaby do rąk Xhenty.

A jeśli w rzeczywistości już od dawna kiełkowało w nim ziarenko zepsucia? Jeśli zawsze pragnął tonu tylko dla siebie? Jeśli nigdy nie zamierzał odstępować bratankowi królestwa?

Gdyby tylko wspomniał o tym, że nie chce jeszcze zostawiać mu władzy, młody Xhenta z pewnością nie miałby nic przeciwko temu, aby poczekać jeszcze kilka lat na abdykację wuja. Jego poddani również radowaliby się, że ich ukochany regent nie zamierza ich porzucić na pastwę młodego i niedoświadczonego...

Nie. To zupełnie nie tak. Osobiście przecież zadbał, by Xhenta mógł bez żadnych problemów zająć jego miejsce. Teraz nic nie stało temu na przeszkodzie i doskonale o tym wiedział. Zamiast cieszyć się szczęściem bratanka, popadał w mrok własnych ambicji.

Wszystko wskazywało na to, że tylko śmierć będzie w stanie odsunąć go od tronu.

Kotara oddzielająca tę część komnaty, w której się znajdował, od reszty pomieszczenia, poruszyła się lekko.

– Wasza wysokość? – zapytał nieśmiało Azir, bojąc się zakłócać ciszę i samotność swojego władcy. – Czy mogę...

– Na swoje nieszczęście, popełniłem w twoim przypadku tyle błędów wychowawczych, że teraz nawet gdybym ci czegoś zabronił, i tak byś mnie nie posłuchał – westchnął Shahivar z udawaną irytacją. Zmusił się, aby odegnać spowijające go wątpliwości, które mogłyby zaniepokoić jego ukochanego sługę.

Poły materiału rozsunęły się gwałtownie, oblewając go deszczem słonecznego światła. W jego centrum stał Azir, jak zwykle promieniejąc ciepłem i szczęściem. Jego uśmiech przez wiele lat odpędzał wszelkie problemy Shahivara.

Tym razem jednak pogłębił tylko jego rozpacz.

– Rzeczywiście, do Xhenty mi daleko – zaśmiał się ifryt podchodząc do swego króla. Opadł na ziemię u jego stóp i oparł zmęczoną głowę na jego kolanach. Z kieszeni swoich luźnych spodni wygrzebał niewielką sakiewkę, którą podał Shahivarowi, posyłając mu przy tym swój najpiękniejszy uśmiech. – Przemyciłem ci trochę koronacyjnych ciasteczek.

– Dlaczego mam wrażenie, że próbujesz mnie utuczyć? – prychnął Shahivar, nie znalazłszy w sobie siły, aby powstrzymać się przed odwzajemnieniem uśmiechu.

– Jeśli nie zmieścisz się w drzwiach, nie będziesz mógł wyjść i zostaniesz ze mną już na zawsze. To chyba oczywiste, prawda? – wyjaśnił chłopiec, ziewając szeroko.

Słodycz kruchych ciasteczek pomogła Shahivarowi przegonić gorzki posmak czerwonego wina. Nie do końca zdając sobie z tego sprawę, zaczął delikatnie głaskać ifryta po policzku i rozczesywać palcami jego ogniste włosy. Dopiero, gdy oddech chłopca pogłębił się i zwolnił, a długie rzęsy opadły na jego piegowate policzki, do Shahivara dotarło, jak bardzo musiał być zmęczony.

– Gdzie ty się tak napracowałeś? – zapytał, nie licząc na odpowiedź.

– Nie zostajemy przecież na koronacji, zapomniałeś? – wymamrotał ifryt, ostatkiem sił odpędzając sen. – Muszę dać Xhencie jakiś prezent.

– Och, doprawdy? A co takiego mu przygotowujesz?

– Od trzech dni bez przerwy piekę ciasteczka.

Shahivar spojrzał najpierw na płomienną głowę swojego podopiecznego, a potem na okruszki rozsypane po jego wyszywanej złotem todze. Słodki smak ciasteczek jeszcze się pogłębił, pojawiła się w nim jednak nuta goryczy. Owszem, nie zamierzał zostawać na koronacji. W przeciwieństwie do Azira nie przygotował jednak dla Xhenty nic, co można było nazwać prezentem.

Przeciwnie, w jego głowie zaczął się rodzić plan, który na zawsze wypełni żalem serce jego bratanka. Żalem i smutkiem, które już do końca jego dni będą pogłębiane przez wspomnienia czasu spędzonego z wujem.

Mroczna część jego osobowości wiele lat musiała czekać na tę okazję. Teraz rozrastała się nieprzerwanym gąszczem trujących cierni, ostrożnie jednak, aby nie zakłócić snu ifryta. Chłopiec był mu przecież niezbędny. Miał do wypełnienia ważną misję.

Tańczące po nocnym niebie zorze, jakich nigdy wcześniej nie widział, uświadomiły mu, że to już czas. Że jego modlitwy zostały wreszcie wysłuchane. Jednocześnie z każdym ich rozbłyskiem czuł, jak w jego sercu rozkwita ziarenko czegoś pięknego. Tak, jakby właśnie tego światła brakowało mu, aby rozkwitnąć.

Gdzieś tam był wolny czarodziej, który pragnął zmian.

A Shavivar miał w posiadaniu zwoje, które mogły okazać się mu niezbędne do osiągnięcia tego celu. Wiedział, że dzięki swojej delikatnej życiodajnej magii Azir nie będzie miał problemu z odnalezieniem czarodzieja. Być może takie właśnie było przeznaczenie chłopca. Może właśnie dlatego wiele lat temu przygarnął go do siebie.

Aby teraz, w tej kluczowej dla świata godzinie, Azir mógł wypełnić ostatnie powierzone mu przez króla zadanie.

Śnij zapomnianePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!