II. On

3.8K 674 128

BringGalf jak na stolicę chaosu, było nawet urokliwe, choć rozkład jego ulic, jak i jego nazwy były kompletnie bezsensowne, zupełnie jakby poproszono trzylatka o rozplanowanie wszystkiego w przestrzeni.
Względny sens miał tylko ratusz i inne urzędy stojące równo po środku, kiedy reszta była sobie, gdzie chciała.
Na obrzeżach stały posiadłości podupadłej arystokracji, która sama siebie tak nazywała, a samo wnętrze miasta usiane było kamienicami, tymi szarymi jak i nowocześniejszymi, kolorowymi, a wszystkie były ogromne, ciężkie, szerokie i o półokrągłych, lub fantazyjnych dachach, nie było nic pomiędzy.
Nad ulicą ciągnęły się sznury z schnącym praniem, z balkonów wyglądały donice z kwiatami i dzieciaki z diabłem w oczach, a ulice były pokryte cholernymi kocimi łbami, kiedy chodniki zachowywały względną prostotę.
Na próżno było tam szukać domu jednorodzinnego, wszystko utrzymane było w klimacie kamienic i pojednania między ludźmi.
W uliczkach stały rozkładające się powoli ryneczki schowane na każdym kroku, które Surre mijał jadąc z rana do pracy.
Zjeżdżał z górki cały drżąc na kamlotach, nosem wypuszczał gryzący dym, jak mała ciuchcia, a gryzący do kości wiatr szarpał się z jego ubraniami.
Skręcił.
Minął witryny sklepowe z drogimi ciuchami na chudych manekinach, nie patrząc przy tym na żadnego.
Niebo było pastelowe, odbijało się w oknach i maskach samochodów zaparkowanych w połowie na chodniku, w połowie na ulicy i znów obiecywało ciepły dzień i plamy potu pod pachami klientów.
Cudownie, doprawdy.
Na miejsce dojechał jak zawsze przed czasem, rower zostawił naiwnie niezabezpieczony i wtoczył się do swojego pachnącego kwieciem azylu.

__ __

Miał może pół godziny spokoju, zdążył pozamiatać i spocić się przy okazji, co zaowocowało odrzuceniem marynarki na krzesło, z którym się minęła i wylądowała na ziemi, gdzie jeszcze nie zamiatał.
Poślizgnął się jakieś dwa razy, za drugim omal nie łamiąc sobie kostki, dał radę dolać wody do wazonów, wytrzeć palcem warstwę kurzu z dzwoneczka nad drzwiami, po czym zadowolony z siebie poszedł na zaplecze, by wyjątkowo zaparzyć sobie świeżą kawę.
Nalewał właśnie wody, do wysłużonego, metalowego czajnika oblepionego naklejkami w zwierzątka, kiedy poczuł słaby aromat kawy gryzący się z wonią kwiatów.
Podejrzliwie zerknął na słoiczek taniej kawy, który stał niewinnie na półeczce, witając blondyna widokiem zakręconego wieczka.
Mężczyzna zmarszczył lekko brwi i wygiął się do tyłu, by rzucić okiem na kwiaciarnię.

Po środku stał olbrzym w czarnym fartuchu, który z trudem obejmował jego szeroką pierś, skrytą dodatkowo pod warstwą czarnej koszuli w kropeczki, której kołnierzyk był zapięty na ostatni guziczek, jak u grzecznego ucznia, a dodatkowo jeszcze związany czerwoną muchą, która drażniła bławatkowe oczy Kwiaciarza.
Olbrzymi blondyn o zielonych oczach przechadzał się oglądając kwiaty z lekko uchylonymi ustami, a w dużej i zapewne silnej dłoni trzymał kubeczek, z którego ulatywała para, silnie pachnąca kawą.
Surre przyglądał się mężczyźnie z ukrycia, w swojej dziwacznej pozie, aż nie zaczęły boleć go plecy, a woda nie zaczęła przelewać się z czajniczka mocząc mu mankiet.
Wówczas zakręcił wodę, zostawił czajnik w małym zlewie i odchrząknął cicho, wprawiając baristę w lekki podskok, który z kolei doprowadził do tego, że trochę kawy wylądowało na jego świeżo zamiecioną podłodze.
Zaklął w duchu, lewa powieka mu drgnęła, jednak milczał dzielnie, pozostawiając ślamazarność gościa bez komentarza. Uniósł za to lekko brew, starając się zachować jak najbardziej neutralną mimikę.
Wciąż wygięty w tył.
- Mogę w czymś pomóc? - spytał nieprzyjemnym tonem, nie ruszając się o milimetr, by pokazać, że nie ma zamiaru w niczym pomagać, a zwyczajnie próbuje być miły.
Olbrzym jednak uśmiechnął się mimo to i podszedł do lady, zmuszając kwiaciarza do tego samego.
- Przyniosłem kawę dla niejakiego Kwiaciarza - oświadczył barista uśmiechając się, kiedy postawił już kubeczek na szkle.

Pan oszalał, panie Surre | bxb✓Przeczytaj tę opowieść za DARMO!