#11 "Ciasto marchewkowe"

13 2 0


Nie skłamię mówiąc, że mój pierwszy dzień w ziemskim liceum był czymś wybitnym. Sam próbuję jeszcze ogarnąć o czym się wtedy uczyliśmy albo co w ogóle się działo. Zająłem się głownie robieniem notatek i nie wychylaniem się zbytnio. Musiałem tylko to przetrwać... każdego dnia, dopóki nie znajdę sposobu na opuszczenie tego dziwacznego miejsca.

Przyjemniejszą częścią dnia było wracanie do domu Julii i Igora. Oczywiście nie wliczając obecności Igora, który na powrót stał się nieznośnym gburem. Zupełnie jakby nocne wydarzenia tylko mi się przyśniły.

- Jak tam pierwszy dzień? – Julia zapytała próbując opanować tą napiętą atmosferę między mną a jej bratem. – Jakie pierwsze wrażenia?

- Nie wiem już nawet czego nie wiem – stwierdziłem głosem kogoś, kogo właśnie wypuścili z klatki. Spojrzałem w niebo, łudziłem się, że dojrzę tam Arkę. – Słyszycie?! Nie wytrzymam tu długo.

- Musi być z nim naprawdę źle, skoro już wrzeszczy bez sensu – Igor mówił do siostry, ale patrzył na mnie z tym swoim złośliwym uśmieszkiem. – Rey pamiętasz, że oni cię tu nie usłyszą?

- Wiem – przyznałem mu rację. – Po prostu tęsknię za nimi. Byli dla mnie jak rodzina. A co jeśli myślą, ze zginąłem? Jeśli nigdy mnie tu nie znajdą?

- Zawsze masz jeszcze nas. – Julia złapała mnie za ramię z uśmiechem. – Wiem, że nigdy nie zastąpimy ci twojej załogi, ale też możemy być dla ciebie jak rodzina.

- Mów za siebie Julka – prychnął Igor. – Królik to nie członek rodziny. To tylko pupilek dla małych dziewczynek.

- Zając... - szepnąłem sobie pod nosem. Wiedziałem już, że temu durniowi nie da się nic wyperswadować.

- Mówiłeś zając? – Chłopak jednak usłyszał. – Jak zając to do lasu.

- Chłopaki przestańcie! – Julia krzyknęła na nas z poirytowaniem. – No ile można się kłócić... i wy jesteście ode mnie starsi?

Ostre słowa blondynki spowodowały, że resztę drogi do domu rodziny Franowicz spędziliśmy w całkowitej ciszy. Było nam głupio, obaj patrzyliśmy na śnieg obmyślając plan zemsty na tym drugim. Skąd to wiem? Obaj mieliśmy takie same wściekłe wyrazy twarzy.

Nim wpadłem na coś zadowalającego byliśmy już na miejscu. Julia przyspieszyła kroku by z sarnią gracją wskoczyć po schodach na werandę. Wyciągnęła klucze z kieszeni swojego popielatego płaszcza i otwarła nam drzwi. Na naszych twarzach poczuliśmy ciepło próbujące wydostać się z wnętrza. Wraz z nim nadszedł do mnie interesujący zapach. Jakby znajomy a jednak trochę inny. Była to przyjemna woń ciasta marchewkowego. Wszedłem do domu niczym zaczarowany, by ujrzeć cudowny wypiek na stole w jadalni. Czym prędzej zdjąłem buty i kurtkę, po czym ruszyłem do mojej tymczasowej sypialni, by odłożyć plecak z książkami. Gdy otworzyłem drzwi do pokoju, niemalże podskoczyłem z zaskoczenia. Pani Franowicz sprzątała! Nie spodziewałem się jej w tamtym miejscu i zacząłem się niepokoić. Pamiętałem, że rzuciłem na łóżko kartkę od Igora. „Przeczytała to? Wie o moim ogonie? Co robić? Co robić?" – Niepokoiłem się w duchu.

- Och, Rey. – Kobieta wyglądała jakby właśnie skończyła porządki. – Już wróciliście? Myślałam, ze Julia będzie chciała pokazać ci miasto.

- Raczej dzisiaj nie miała na to ochoty... - powiedziałem speszony, jednocześnie wciąż słysząc w myślach rozgniewaną dziewczynę. – Trochę ją chyba zdenerwowaliśmy.

- Właśnie, widziałam, że Igor zostawił ci dość nieuprzejmy liścik. – Słysząc słowa pani doktor, myślałem, że już po mnie. Nogi zaczęły mi się trząść, miałem niedoparte wrażenie, że zaraz zemdleję. – Wiem, że jest dla ciebie niemiły, ale nie miej mu tego za złe.

- Ale... - chciałem coś powiedzieć, jednak nic nie przychodziło mi do głowy.

- Jak już pewnie zauważyłeś, w tym domu nie ma ojca. – Kobieta usiadła na łóżku i pokazała skinieniem ręki bym do niej dołączył. – Ojciec Igora i ja bardzo się kochamy, ale z wielu powodów nie możemy być razem. Musiał odejść, gdy Igor miał zaledwie parę miesięcy, nie ma nawet pojęcia o istnieniu Julii. Myślę, że on ma to za złe ojcu. Zaczął się izolować, nie dopuszcza do siebie żadnych mężczyzn.

- Głupek z niego. Ja na jego miejscu szukałbym męskiego wzorca ze wszystkich sił, a nie obrażał się na cały świat.

- Proszę cię, spróbuj się z nim dogadać. – Kobieta patrzyła w pustą przestrzeń za oknem. – A kto wie, może będzie mu dane poznać tego, którego tak znienawidził. – Westchnęła. – Dzielącej nas odległości nie potrafię wyrazić w liczbach. Wiesz o co mi chodzi, co nie? Twój tata też jest dość daleko.

Patrzyłem przez chwilę na panią domu, która wyglądała jakby zaraz miała umrzeć z tęsknoty. Normalnie każdy nastolatek czułby się co najmniej dziwnie widząc w takim stanie matkę swojego klasowego kolegi. Jednak ja doskonale wiedziałem jak to jest nie móc się spotkać z osobą, która jest dla mnie ważna. Miałem ochotę przytulić smutną kobietę, ale wstrzymałem się. Z tyłu głowy cały czas miałem to poczucie, że jest to zupełnie nieznana mi osoba Poza tym jest starsza ode mnie na tyle, że śmiało mogłaby być moją matką!

Pani doktor zauważyła moje lekkie zakłopotanie, więc wstała i gładząc moje miękkie włosy powiedziała bardzo uprzejmie:

- Umyj ręce i przyjdź do jadalni. Upiekłam dziś ciasto marchewkowe.

- Dobrze – przytaknąłem.

Po kilku minutach wszyscy siedzieliśmy przy stole, który przykryty był dziś świeżo pachnącym białym obrusem. Na środku stał duży talerz z okrągłym ciastem. Miało ono przepiękną pomarańczowawą barwę i widoczne były niewielkie kawałeczki marchewki. Na każdym kawałku widniał kleks z jakiegoś sztywnego białego kremu oraz serduszko wycięte z kawałka przepysznego warzywa. Przysmak był jeszcze gorący i unosiły się nad nim delikatne strugi pary.

Byłoby mi okropnie głupio sięgnąć jako pierwszy po kawałek, więc postanowiłem zacząć rozmowę, by zapomnieć o pokusie.

- Mój ojciec piecze najlepsze ciasta marchewkowe – stwierdziłem robiąc głęboki wdech. – Ale ten też pachnie świetnie.

- Zaraz zmienisz zdanie – Igor mówił nieuprzejmie nawet w obecności swojej mamy. – Mama robi najlepsze ciasto w wszechświecie.

- Nie mów takich mocnych słów, dopóki nie spróbujesz tajnego przepisu mojego taty – licytowałem się z nim.

- To może najpierw ty spróbujesz mojego – zaproponowała pani Franowicz. – Może jednak wygram?

Kobieta nałożyła na każdy talerzyk po jednym kawałku ciasta. Julia i jej brat nie czekając zaczęli pałaszować wypiek z radosnymi uśmiechami na twarzach. Pani domu jadła bardzo powoli kątem oka spoglądając w moją stronę. Popatrzyłem jeszcze raz na ten cud pracy ludzkich rąk i wziąłem pierwszy kęs. Potem drugi i trzeci, i kolejny... aż w końcu nie zostało nawet okruszka.

- Smakuje niemalże identycznie jak to mojego taty! – mówiłem naprawdę zaskoczony. – Różnicę stanowi chyba jedynie ten krem na wierzchu. Co to dokładnie jest?

- To bita śmietana – wytłumaczyła mi kobieta po czym wybuchła śmiechem.

Nim się obejrzałem, cała rodzina Franowicz śmiała się ze mnie. Nie miałem pojęcia czemu, ale nabierałem pewnych podejrzeń, gdy zobaczyłem palec Igora skierowany prosto na mój nos. Znowu ubrudziłem go czymś!


Star HaresPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!