Rozdział 4 - On

3.6K 358 6

Będąc na górze udałam się do najbliższego okna, skąd miałam dobry widok na podest. Ponownie zaczęłam wodzić wzrokiem po wszystkich osobach, szukając między nimi Alfy. Zauważyłam go po lewej stronie sceny, stał odwrócony do mnie tyłem i notował coś w małym dzienniczku. Chociaż byłam tak daleko od niego, to i tak mogłam zaobserwować tylko jeden, jego ruch. Nikt inny się nie poruszał. Wszyscy wyglądali jakby byli w transie. Gdyby nie przelatujące ptaki pomyślałabym, że czas się dla mnie zatrzymał.

Evil zaczął kierować się na środek platformy, gdzie stał wielki mikrofon. Wraz z jego ruchem, zaczęłam powoli wyjmować pistolet ze spodni. Zauważyłam, że na twarzy miał okulary, a na głowie czapkę z daszkiem. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił, jedynie się rozglądał, byłam zdezorientowana jego zachowaniem, jak i ubraniem.

- "Nie miał przecież potrzeby zakrywania twarzy, więc dlaczego to zrobił?" - biłam się z własnymi myślami. 

To nie miało tak wyglądać. Miał wygłaszać swojego kolejne nowe prawa, a ludzi poddawać publicznej egzekucji. Tymczasem on gorliwie rozglądał się wokół siebie, jakby czegoś szukał. Nie byłam pewna, ale jego zachowanie wskazywało no to, że czegoś się domyślał, lecz to nie było przecież możliwe. Tylko ja, Jim i jego zaufani koledzy wiedzieliśmy o naszym planie. Zapewniał mnie, że nikt nie dowie się o tym, co chcemy zrobić, a on przecież nigdy mnie nie okłamał. Postanowiłam nie bić się dalej sama ze sobą, tylko dokończyć swoją misję. Podniosłam pistolet wyżej, celując wprost w jego klatkę piersiową. Przymknęłam jedno oko, starając się unormować oddech.

- Mam tylko jedną szanse, nie możesz tego spieprzyć Carmen - szeptałam, motywującą samą siebie. Ostatni głęboki wdech, odbezpieczenie broni i głośny huk odbijający się echem po całej okolicy.

Przez ogromny strach, jaki mnie ogarnął, zacisnęłam oczy najmocniej jak potrafiłam. Do moich uszu doszły krzyki mężczyzn, które były zagłuszane przez lament i piski dzieci oraz kobiet. Powoli otworzyłam przymknięte oczy, jednak przez dłuższą chwilę nic nie zauważyłam, bo niebo zostało zakryte przez czarne jak smoła kruki i wrony. Mogłam jedynie nasłuchiwać wołań wilkołaków, które w trosce o swojego przywódce przeraźliwie wrzeszczały.

Kiedy ptaki ponownie zasiadły na drzewach, mogłam dostrzec co dzieje się na dole. Spanikowani ludzie opuszczali ratusz, taranując siebie nawzajem. Swój wzrok utkwiłam na Alfie, który z postrzeloną nogą leżał na drewnianych deskach. Z wielkim bólem, który rysował mu się na twarzy, zaciskał rękoma swoją rane.  

- Nie trafiłam - wyszeptałam przestraszona. Nagle w moich oczach zaczęło rodzić się wielkie niedowierzanie. - Ale... - zrobiłam przerwę przełykając ślinę. - Dlaczego nikt nie kwapi się, aby mu pomóc? - zapytałam samą siebie, odsuwając się o krok od okna. Niemożliwe było, że zmiennokształtni zostawiliby swojego władcę. Jest on dla nich niczym bóg, cenią go bardziej niż swoje życie. Zaczęłam błądzić wzrokiem po ratuszu szukając reszty wilkołaków.

Zauważyłam sporą grupkę obok jednego z pierwszych samochodów, które tutaj przyjechały. Zmrużyłam oczy, próbując wyostrzyć swój wzrok. Niespodziewanie z auta wyszedł postawny mężczyzna, z głową skierowaną w stronę ziemi. Podeszłam kilka kroków bliżej, próbując namierzyć osobę, która opuściła pojazd, jednak grupka wilkołaków szczelnie osaczyła mężczyznę, zakrywając go swoim ciałem i prowadząc na drugą stronę, w miejsce, gdzie stało auto, którym przyjechał mężczyzna leżący teraz na podeście. W mojej głowię została wszczęta walka, a myśli biły się same ze sobą.

- "O co tutaj chodziło. Kim jest ten mężczyzna prowadzony przez tuzin zmiennokształtnych. I dlaczego nie chcą pomóc Alfie, który teraz wykrwawia się na ziemi?"

Moje przemyślenia zostały przerwane przez oślepiający blask, który nieprzyjemnie drażnił oczy. Mrugnęłam szybciej kilka razy kręcącą głową. Starałam się w ten sposób odpędzić rażącą jasność. Kiedy światło przestało mnie oślepiać, wzrokiem skierowałam się ku jego źródle. Ktoś z wieży ratusza zaczął do mnie machać. Skupiła swój wzrok na osobie, starając się dociec, kto to może być. Zauważyłam kasztanowe włosy, które powiewały na wietrze i już miałam stuprocentową pewność, kto to był.

- Jim - szepnęłam, uśmiechając się do siebie. - Jednak o mnie nie zapomniałeś - wybełkotałam szczęśliwa.

Skupiając wzrok na koledze zwróciłam uwagę, jak gestem ręki każe mi uciekać. Zaraz potem machnął kilka razy pistoletem, który trzymał w dłoni. Swoim czynami chciał mi uświadomić, iż będzie mnie osłaniał. Kiwnęłam mu głową na potwierdzenie, że wszystko zrozumiałam. Cofnęłam się kilka kroków z zamiarem ucieczki.

- Panie, tam! - odwróciłam się w stronę sceny, słysząc głośny ryk.

- Panie? - powtórzyłam niepewnie, spoglądając na mężczyznę, którego wilcza ochrona skutecznie pilnowała. - Czyżby to był... - nie dokończyłam, bo wilkołak jakby słysząc mój głos, podniósł na mnie swój wzrok. Moje oczy gwałtownie się powiększyły. Nie mogłam uwierzyć, kto stoi tak blisko mnie. To był on... Morderca wszystkiego co dobre, postrach na ziemi, ale też we wszechświecie. Zabójca wszystkich niewinnych istot i moich rodziców. 

Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Pałałam do niego zbyt wielką nienawiścią, ale i strachem, który można było odczytać z mojego spojrzenia. Oczy Alfy zabłyszczały niebezpiecznie złotem, wprowadzając mnie w jeszcze większy lęk. Szybko spuściłam z niego swój zaniepokojony wzrok i ponownie przeniosłam go na postrzelonego. Patrzył na mnie z chęcią mordu, a jego ręka z wysuniętym palcem wskazywała wprost na mnie. Wszystkie pary wilczych oczu skierowane zostały w moją stronę. Przestraszona zaistniałą sytuacją, nie mogłam ruszyć się z miejsca. Moje nogi, jak konary drzew wrosły w posadzkę. Czułam jak moje serce bije stokroć razy szybciej niż zazwyczaj, a oddech nie jest równy. Uszczypnęłam się w mały palec, starając się powrócić do rzeczywistości. Pokręciłam kilka razy głową zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, zaczęłam powoli sunąć po betonowej podłodze. Wolno cofałam się, gdyż na większy ruch zabrakło mi odwagi. Nim jednak zdążyłam całkowicie zniknąć z pola widzenia mężczyzn, jeden z wilkołaków wciągnął z kieszeni spluwę i wycelował prosto w okno, w którym stałam. W tym momencie moje serce stanęło. A oczy zwiększyły do granic możliwości.

- Carmen, uciekaj! - usłyszałam wrzask Jima. Jego głos podziałał na mnie jak kubeł zimnej wody. Zrobiłam krok w stronę schodów, nim jednak zdążyłam zrobić kolejny, usłyszałam głośny huk, świst, krzyk i potworny ból.


Witam w rozdziale 4!

Jest on troszkę krótszy od pozostałych, bo ma niecałe 1000 słów, ale mam nadzieje, że to nie jest problem. Mam w zanadrzu jeszcze jedną część, którą wrzucę jutro. Potem kolejne rozdziały będą pojawiać się co 1-2 tygodnie!

Rozdział jest odpowiedzią na pytanie jednej z użytkowniczek pod poprzednią częścią. Aneta1222, ten rozdział jest dla Ciebie. Pozdrawiam Cię i śle buziaki! ♥

Miłego dnia, do zobaczenia jutro! ♥

Kochana Przez PotworaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!