Rozdział 1 - Niedziela

4.4K 374 11

Promienie słońca gładziły moją porcelanową cerę. Otworzyłam powoli oczy, ale kiedy zostałam oślepiona przez nagłą jasność, szybko je zamknęłam. Przysłoniłam ręką swoją twarz, podnosząc swoje zmęczone ciało do pionu. Mlaskając pod nosem, wsunęłam na stopy moje stare, popękane kapcie. Podrapałam się po szyi i wolnym krokiem ruszyłam w stronę łazienki. Oparłam się o umywalkę, zerkając na swoje odbicie w lustrze.

Nic nowego. Oczy podkrążone, brak zaróżowionych policzków, a włosy oklapnięte. Westchnęłam cicho sięgając po gumkę, która leżała na zlewie. Nawinęłam ją kilka razy na włosy, które utworzyły małego koczka. Mozolnie odkręciłam kran i ani trochę się nie zdziwiłam, kiedy zaczęła z niego lecieć zimna woda. Byłam wśród nielicznych, którzy mogli szczycić się posiadaniem bieżącej wody. Można by nawet rzec, że to taki mały luksus.

Nachyliłam się nad umywalką, ochlapując zimnymi kropelkami zmęczoną twarz, co szybko postawiło mnie na nogi. Zakręciłam kran i wyszłam z łazienki. Drapiąc się po plecach, podeszłam do okna. Wyciągnęłam dłoń w stronę słońca, a światło odbiło się od niej i zostawiło cień na parapecie. Zaczęłam zginać palce u ręki obliczając, która to już godzina.

- Cholera! - krzyknęłam przerażona, gdy okazało się, że zbliża się szósta.

Jak poparzona podbiegłam do szafki, z której wyciągnęłam kalendarz. Chwyciłam go i zaczęłam szukać strony z dzisiejszą datą. Wyrywając i targając kojenie kartki, w końcu udało mi się znaleźć upragnioną stronę. Zamknęłam oczy modląc się, żeby to nie był dzisiejszy dzień. Trzęsącymi rękoma przewróciłam kartkę i szybko je otworzyłam.

- Cholera jasna! - przeklęłam wściekła, wypuszczając kalendarz z dłoni.

Szybko opuściłam mieszkanie, zabierając ze sobą szalik, czapkę i kurtkę. Z pośpiechu zapominając zamknąć drzwi na klucz. W gorączkowym biegu zaczęłam szybko się ubierać. Naciągnęłam czapkę na głowę, a szalik niezdarnie przerzuciłam przez szyję.

- Jak mogłam zapomnieć, że dzisiaj jest niedziela! - rzuciłam sama do siebie i zniknęłam za zakrętem.

***

Zdyszana wbiegłam na plac, na którym były już tłumy osób. Oparłam ręce na biodrach i zaczęłam głośno dyszeć. Ten bieg naprawdę mnie wykończył. Nie byłam zbyt gibka, a ćwiczenia zdecydowanie nie były moją mocną stroną. Podniosłam głowę lustrując cały teren. Dwa wilkołaki stały już na podeście z workiem jedzenia. Jeden z nich wyciągnął kawałek mięsa i zaczął go oglądać z każdej strony. Ludzie jak na zawołanie zaczęli krzyczeć i prosić, żeby ta marna drobina cielęciny trafiła do ich rąk. Zmiennokształtny zaśmiał się podle i nadgryzł kawałek z chytrym uśmieszkiem, a resztę wyrzucił w stronę tłumu. Ludzie rzucili się na nie, tratując siebie nawzajem.

Gdy zauważyłam, że podnoszą worek z jedzeniem, od razu pobiegłam w stronę podestu. Starałam się przepchać pomiędzy ludźmi, ale co chwilę byłam odpychana. Musiałam szybko coś wymyśleć, aby choć odrobina zwykłej marchewki znalazła się na moim talerzu. W tym momencie wpadł mi do głowy pewien plan, bez większego zastanowienia spróbowałam go wykonać.

Upadłam na kolana i jak małe dziecko ruszyłam pod scenę, wijąc się między pospólstwem. Zadowolona z siebie uśmiechnęłam się triumfalnie. Byłam już dość blisko celu, więc wstałam na równe nogi, otrzepując kolana z piachu. Worek został przechylony, a jedzenie wysypane. Wszyscy jak zwierzęta rzucili się na pożywienie. Nie pozostałam obojętna. Chwyciłam w dłonie kawałek drobiu. Byłam dumna z siebie, że udało mi się zdobyć odrobinę mięsa, którego jest najmniej, a ludzie najchętniej na nie polują.

Moja radość nie trwała długo, poczułam jak ktoś wyrywa z moich rąk upolowane udko. Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stał mały złodziejaszek, mógł mieć najwyżej osiem lat. Brudny, jego ubranie było potargane. Nie mogąc patrzeć, jak to małe dziecko umiera z głodu, kucnęłam obok niego i przerwałam fragment drobiu na pół. Podałam go chłopczykowi, który bez większego entuzjazmu wziął odrobinę jedzenia. Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie i powoli wstałam, szukając wzrokiem resztek pożywienia. Dziecko wykorzystało moją nieuwagę, wyrywając mi z rąk moją część mięsa, po czym zaczęło uciekać w przeciwnym kierunku. Było na tyle małe, że mieściło się między nogami ludzi.

- Ty mały! - wysyczałam przez zęby i ruszyłam w pogoń za dzieciakiem.

Po drodze zaczęłam zbierać resztki warzyw i owoców. Znalazłam kawałek jabłka, banana, pomidora i ogórka. Łapałam wszystko co wpadło mi w ręce. Odwróciłam na chwilę wzrok od chłopca i zerknęłam na podest. Dwa wilkołaki zaczęły diabelsko się uśmiechać, widząc naszą marną rasę, która zabija się o resztki pokarmu. Posłałam im nienawistne spojrzenie, którego na szczęście nie zauważyli. Odwróciłam się ponownie i skupiłam się na złapaniu tej małej pchły.

- Jeśli cię złapie, możesz być pewny, że jesteś martwy! - krzyknęłam, starając się biec szybciej.

Wydawać by się mogło, że stawał się coraz szybszy, albo to ja zwalniałam. Byłam zdziwiona, w jakim tempie ten mały pasożyt się poruszał. Brakowało mi już sił i powietrza w płucach, jednak on wyglądał jakby wciąż skądś czerpał energię. W środku aż płonełam od dużego wysiłku, niewidzialna lawa kreśliła swoje szlaki w moim wnętrzu, przez co myślałam, że zaraz umrę. Nagle chłopczyk zrobił coś, czego chyba nie przemyślał. Wbiegł w uliczkę, która nie miała wyjścia. Trafił w ślepy zaułek i to teraz ja miałam nad nim przewagę.

- Teraz cię mam - wydukałam zdyszanym głosem, dławiąc się przy tym śliną.

Zauważyłam go na końcu alejki. Biedak próbował przeskoczyć przez mur, pomagając sobie kartonami i starym śmietnikiem. Zaczęłam powoli do niego podchodzić. Panującą dookoła ciszę przerwał trzask pękającej gałęzi, na którą nadepnęłam. Spojrzałam w dół, podnosząc nogę z patyka i stawiając ją obok. Mój wzrok powędrował w stronę dzieciaka, który patrzył na mnie z przerażoną miną. Posłałam mu wrogie spojrzenie.

Dziecko jak na zawołanie zaczęło gorączkowo wspinać się po murku. Zdenerwowana jego zachowaniem, szybko do niego podbiegłam. Będąc przy nim, chwyciłam za jego odstającą koszulkę i pociągnęłam na dół. Z głośnym hukiem upadł na ziemię. Zaczęłam do niego powoli podchodzić. Chłopczyk ociężale wstał na swoje nogi, które zaczęły się pod nim uginać.

- Nie dość, że się podzieliłam z tobą moją częścią mięsa, to ty zabrałeś połowę, która należała do mnie - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Nogi chłopca niebezpiecznie się chybotały. Wyglądał jakby za chwilę miał ponownie upaść. - Jeśli chcesz zakończyć to po dobroci, radzę ci oddać moją porcję - rzuciłam, wyciągając dłoń w jego stronę.

On tylko pokręcił przecząco głową, na co mi włączył się radykalny instynkt przetrwania. Widząc, że chłopiec nie chce przystać na moje warunki, na chwilę straciłam nad sobą panowanie. Podniosłam rękę, z zamiarem nauczenia złodziejaszka, gdzie jest jego miejsce. Dziecko zamknęło swoje oczy, a po policzku zaczęła mu płynąć łza. Kiedy moja dłoń była już wystarczająco wysoko, coś a raczej ktoś powstrzymał mnie przed zrobieniem głupstwa.

- Co jest- przerwałam swój ryk. Kiedy zobaczyłam kto trzymał mnie za rękę, natychmiast wróciłam do siebie, a złość szybko wyparowała.

Kochana Przez PotworaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!