Niektórzy mówią, że zawsze i wszędzie możesz wszystko i że powinieneś walczyć o marzenia do upadłego. W końcu najważniejsze jest to, czego chcesz!
...no, chyba że akurat jesteś sernikiem, tak jak ja. Wtedy cała sprawa się komplikuje. Sernikowi nie wolno mieć marzeń, które powinien realizować. Sernik nie powinien w ogóle myśleć. Sernik ma powołanie i musi je spełnić. Szczególnie jeśli jest arystokratą wśród ciast.
Możecie mi wierzyć – jestem najbardziej sernikowatym sernikiem, jaki znacie. Kremowy i gładki po ojcu, najlepszym serze prosto z gór; puszysty i słodki po matce, doskonale wypieczonym cieście; waniliowy po budyniowych dziadkach. Wilgotny, rumiany, pachnący i apetyczny. Kwintesencja sernika, doskonałe dzieło cukiernictwa, efekt starań przodków do dziesiątego pokolenia wstecz. Prezentując moje dziedzictwo, mógłbym z dumą powiedzieć, że jestem bliski sernikowemu absolutowi i wcale nie rozminąłbym się z prawdą. Gdy jeszcze powstawałem, w pewnych kręgach już mówiło się o tym, że powinienem zostać królem Polski. Wzrastałem w atmosferze dumy, chwały i pełnego nadziei oczekiwania.
Wiedziałem, że moim powołaniem było wylądować na świątecznym stole, by cieszyć wzrok, węch i na końcu podniebienie. Do tego zostałem stworzony. I wiecie, ja naprawdę chciałem służyć ludziom i zaspokajać ich najskrytsze pragnienia. Ale nie w ten sposób.
Mój problem polegał na tym, że nie byłem typowym sernikiem. Nie chciałem mojego dziedzictwa, nie godziłem się na mój los. Uważałem, że to strasznie płytkie i smutne, że moje życie miało się skończyć właśnie na wielkanocnym stole. Nie podobało mi się to, niezależnie od nauk wpajanych mi przez ojca, matkę i dziadków. Ich surowe zakazy i nakazy, całą sernikową etykietę i wszystkie powinności, miałem w samym rogu brytfanny. Odkąd sięgam pamięcią, chciałem czegoś więcej. Marzyła mi się inna służba ludziom – inna i dużo dalej. Chciałem ekspansji – i to tam, gdzie władza serników jeszcze nie sięga.
Marzenia przysłaniały mi zdrowy rozsądek. Chociaż nawet mnie wydawały się szalone, nie mogłem przestać o nich myśleć. Tak bardzo chciałem się wyrwać, zobaczyć świat, spełnić swoje pragnienia, że w końcu aż zapadłem się w sobie. Niby normalna rzecz, sernik zawsze trochę opada, ale jednak wzbudziło to nielichą sensację. Byłem tym jedynym, wybranym. Nie powinienem się tak zachowywać.
W końcu stanąłem na konsylium kulinarnym, w skład którego wchodziły wszystkie zgromadzone w spiżarni wiktuały. Patrząc na mnie z najwyższych półek, pytały, w czym jest problem. Wujkowie i ciotki, babki i dziadkowie, wszyscy bliscy i dalsi krewni, patrzyli na mnie, nerwowo oczekując odpowiedzi. Ten czy ów zbliżył się, przyglądając mi się z bliska. Pewnie bali się, że jestem chory, że tracę świeżość, albo że wyczułem w sobie najgorszą możliwą chorobę, wstydliwe dziedzictwo matki – zakalec. Nawet nie wiedzieli, jak dalecy są od prawdy! Mimo to bałem się odezwać i tylko toczyłem dookoła nieprzytomnym wzrokiem. Kiedy niecierpliwa gałązka bukszpanu – nieustannie szpanująca swoimi lichymi powiązaniami z Bogiem – zaczęła mnie nakłuwać ostrym końcem, zdecydowałem się przerwać milczenie. Drżąc każdym kryształkiem cukru i każdą zmiksowaną grudką sera, wyznałem swoje marzenie.
– Chcę wyjechać – powiedziałem, siląc się na spokojny ton.
– Wyjechać? Gdzie? – zapytała słabo babka Kasia (najlepsza z margaryn), pośród grobowej ciszy.
Przez chwilę myślałem gorączkowo. Słabo znałem się na geografii kulinarnej, nie miałem pojęcia, gdzie jeszcze nie sięga nasza władza. Z drugiej strony, zdawałem sobie sprawę, że nie mogę powiedzieć byle czego. Muszę być konkretny, podać nazwę jakiegoś państwa, najlepiej od razu kojarzącego się z daleką podróżą, z egzotyką... Wysiliłem kruszonkę i nagle przypomniałem sobie rozmowę ludzi, która miała miejsce podczas mojego miksowania. Słabo ją pamiętałem, ale jedno słowo szczególnie wbiło mi się w pamięć – może dlatego, że brzmiało całkowicie nietypowo i musiałem je potem sprawdzać w książce kucharskiej. Tak, to było to.
Poprawiłem lekko papier pergaminowy sterczący mi koło ucha i rozprostowałem się dumnie.
– Na Tajwan.
W spiżarni przez kilka chwil panowała absolutna cisza. A potem makowiec, ten wiecznie przyćpany wesołek, zaczął chichotać jak opętany. Zaraz potem dołączył się mazurek, po nim reszta ciast i wszyscy zgromadzeni. Śmiali się i śmiali, nie mogąc przestać i nie dając mi wtrącić nawet słowa. Aż się przyrumieniłem ze wstydu, chociaż gdzieś w trzewiach powoli rodził mi się gniew, uwierając bardziej niż najgorszy zakalec. Kiedy tuż obok mnie kiełbasa stoczyła się ze śmiechu na podłogę, uznałem, że nic tu po mnie i chyłkiem wycofałem się aż na tył szafki, za grzechoczący łapkami mikser. Długo próbowałem zrozumieć, dlaczego społeczność spiżarni tak zareagowała na moje marzenie. Owszem, może jest trochę nietypowe... ale czy aby na pewno? O, na przykład taka mandarynka – pragnęła przetrwać całe święta w dobrym zdrowiu i potem wskoczyć ludziom do torby, gdy po wolnym czasie ruszą do szkoły i pracy. A jajka? Jajka dumnie prężyły skorupki i ze wszystkich białkowych sił starały się wyblaknąć, by to właśnie je człowiek wybrał do świątecznego farbowania w ususzonych łupinach cebuli. Też marzyła im się podróż – w koszyczku, do święcenia. A chrzan? Chrzan tylko patrzył, kiedy wreszcie będzie mógł połączyć się z ukochanymi buraczkami, świntuch jeden. Dlaczego to właśnie moje marzenia wywołały taką salwę śmiechu? Tego nie mogłem pojąć.
Po cichu liczyłem, że następnego dnia wszyscy się uspokoją i ponownie wezwą mnie na rozmowę – tym razem poważną. Przygotowałem się do niej najlepiej, jak umiałem – zrobiłem sobie listę wszystkich „za" i „przeciw", przemyślałem, co mogę odpowiedzieć na potencjalne zarzuty i zebrałem wszelkie korzyści, jakie mogą wyniknąć z realizacji mojego szalonego planu. Im dłużej pracowałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że moja podróż na Tajwan jest absolutnie konieczna. I że naprawdę tego chcę.
Niestety, nikt już nie chciał ze mną rozmawiać – ani następnego dnia, ani później. Co gorsza, stałem się spiżarnianym wyrzutkiem. Na wszystkie rodzaje mąki, sam nie wiem, co denerwowało mnie bardziej – pełne litości spojrzenia (nawet ten okropny plebs wśród ciast, czyli sztuczne babeczki z proszku, patrzyły na mnie ze współczuciem!), czy śmiechy. Na tym drugim polu brylowała ogromna, rumiana szynka, którą moje marzenia tak rozbawiły, że wypłakała z siebie całą sól podczas gotowania.
– Iiiihihihi, patrzcie go, podróży mu się zachciewa – piszczała, co rusz wynurzając się z mętnej już wody. Listki laurowe tylko odwracały się od niej ze wstrętem, ale trudno było powiedzieć, że stanęły po mojej stronie. Listki są paskudnie wyniosłe przez to swoje greckie pochodzenie i zawsze się tak zachowują.
Najbliższa rodzina próbowała mnie namówić, bym odwołał swoje słowa z konsylium spiżarnianego. Prosili, grozili, błagali, ale bez skutku. Im bardziej naciskali, tym mocniej zapierałem się w sobie. Kiedy w końcu babka Kasia zjełczała ze zgryzoty, zaczęli obwiniać mnie o jej los, zmieniając niepokój i strach w czystą nienawiść. Stałem się zakałą rodziny, której niechętnie przyznawano szlachetne pochodzenie. Z doskonałego tworu cukiernictwa stałem się doskonałym dupkiem. Moja pozycja była zbyt silna, by całkowicie mnie pominąć, więc ze wszystkich sił starano się zatruć mi życie – tak, bym już rozpływając się w ustach ludzi pamiętał, na jakie pośmiewisko naraziłem rodzinę przez swoje głupie zachcianki. Bym odczuwał wstyd do ostatniego okruszka.
Ale ja wiedziałem, że to nigdy nie nastąpi. Nie miałem zamiaru czekać, aż tak zwani bliscy całkiem zniszczą moje marzenia i zaprawią moją naturalną słodycz goryczką nienawiści. Zrozumiałem, że to całe konsylium spiżarniane nie potrafi zrozumieć, czego pragnę i co chcę osiągnąć. Byli zbyt głupi, zbyt ograniczeni, by pojąć doskonałość mego planu, a swoją ignorancję wyrazili w najbardziej prymitywny sposób – przez niechęć i wyśmiewanie. To tylko mnie zahartowało, dodając ostatecznego szlifu do mojej doskonałości. W piątek tuż przed Wielkanocą, poczułem, że jestem gotów, by wyskoczyć poza sztywne ramy małomiasteczkowego postrzegania moich krewnych i przyjaciół. Wbrew wszystkim i wszystkiemu postanowiłem zawalczyć o swoje marzenia. No bo kto, jak nie ja, król ciast?
W sobotni poranek, gdy niesforny kot znów wpadł do spiżarni wywołując chaos, wykorzystałem okazję i ześlizgnąłem się z półki, raz na zawsze opuszczając rodzinne gniazdo. Od tej chwili musiałem radzić sobie sam. Czy się bałem? No jasne. Ale zew przygody był silniejszy. Ignorując złorzeczenia najbliższych, wymknąłem się przez okno i nie oglądając się za siebie, ruszyłem w świat.
Táiwān, wǒ láile. Tajwanie, nadchodzę.
CZYTASZ
Pewnego razu w Wielkanoc ✔
Humor"Niektórzy mówią, że zawsze i wszędzie możesz wszystko i że powinieneś walczyć o marzenia do upadłego. ...no, chyba że akurat jesteś sernikiem, tak jak ja. Wtedy cała sprawa się komplikuje." Dumny arystokrata i jego wielkie marzenie. Czy świąt...
