8. Francuska wizyta w słonecznej Hiszpanii

1.6K 183 112

Odejście Gabriela mocno się na mnie odbiło. Resztę dnia spędzam ukryta w biblioteczce pomiędzy stosem swoich ulubionych książek. Przerażona faktem, że mogę więcej go nie ujrzeć zaglądam do biurka, gdzie pozostało wiele starego pergaminu i kałamaż z piórem. Zaciekawiona spoglądam na karteczkę, położoną dokładnie na papierze, którego boję się ruszyć, aby nie rozpadł się na kawałeczki.
"Użyj tego. Do spisania swych mądrych słów, swych nauk. Bo Ty, Auroro, także potrafisz nauczyć wiele. Twoją specjalizacją jest miłość. Anioł miłości. Teraz możesz uczyć się dalej. Twój Gabriel."

Z szoku kartka wypada mi z rąk. To jest właśnie to, co przeczuwałam. To zło. Tym okropnym wydarzeniem jest jego odejście. Pozostawił mi jedynie wspaniałe wspomnienia, nauki, które otrzymałam oraz tę karteczkę, która poleca mi spisywanie swych własnych nauk. A przecież ja nie potrafię... Nie mogę. Nie jestem na tyle mądra, by móc kogokolwiek pouczać. Lucyfer był wyjątkiem i nadal nim jest. Jemu naprawdę potrzebna jest terapia i to prosto od mojej osoby, ale nie zasługuję na miano anioła miłości ani na pisarza, który miałby uczyć innych ludzi żyć w pokoju i harmonii. Nie jestem przecież hipisem!

Zrezygnowana odkładam karteczkę na swoje miejsce, jeszcze raz zerkając na pergamin. Postanawiam dopełnić wolę Gabriela, lecz na pewno nie teraz, kiedy nie jestem gotowa na przekazanie jakiejkolwiek wiedzy na temat miłości, na temat naszej kochanej papki. Przecieram swoje mokre od łez oczy i jak najszybciej wychodzę z pomieszczenia. Naprawdę nie wiem, co ze sobą zrobić. Czuję się bezradna, pozostawiona samą z takim problemem, jakim jest dla mnie odejście cudownego anioła, a jeszcze lepszego przyjaciela i doradcy od życia.

Kucam przy ścianie, chowając głowę w kolana, pozwalając łzom opuścić oczodoły. Nie powstrzymuję się. Może gdybym zatrzymała Teodona, albo Lucyfera, przed wyciąganiem mnie z Piekła, on nadal mógłby przebywać na powierzchni, którą tak pokochał.

– Auroro. – Cichy głos należący do ukochanego wyrywa mnie z natłoku złych myśli. Podnoszę głowę, spoglądając w jego czarne jak węgiel oczy. Przykłada dłoń do mojego policzka, ocierając pojedyncze łzy. Nic więcej nie mówi. Przyciąga mnie do siebie, pozwala się wypłakać, uspokoić. W jego ramionach czuję się znacznie lepiej. Wiem, że będzie przy mnie, gdy nadarzą się kolejne przeszkody, a razem będziemy w stanie zawsze je pokonać. – Chodź. Nie płacz, słyszysz? Nie wolno ci tego robić. Już tyle przeszłaś...

– Dlaczego, Lucyferze? Dlaczego wszyscy po kolei odchodzą?! – pytam, łkając. Muszę wyglądać tak żałośnie, że nawet nie chcę na siebie patrzeć. Gdyby Candida widziała mnie w takim stanie, od razu dałaby mi wykład na temat zmywania makijażu poprzez gorzkie łzy i klęczenie przy ścianach. To silna dziewczyna, ale gdy jej walił się świat, też nie powstrzymywała emocji.

– Taka jest kolej rzeczy. Poza tym nie odszedł na zawsze.

– Jest moim przyjacielem... Tak wiele mnie nauczył! Byłam pewna, że zostanie z nami wszystkimi! – wołam zdesperowana, tłukąc po drodze stary wazon z kwiatami. Woda rozlewa się po pokoju, a Lucyfer przybiera dość wesoły wyraz twarzy, przez co marszczę brwi, jednak on się uspokaja, nadal przyciągając mnie do siebie.

– Ja jestem. Czy ja ci nie wystarczam?

– To ty to wszystko wymyśliłeś? Odesłanie go?

– Absolutnie! Auroro, bywam zazdrosny, ale nie do takiego stopnia, aby odbierać ci szczęście w postaci przyjaciół. Jak... jak możesz? – pyta cicho, a mnie robi się głupio. To wszystko przez te emocje. Oskarżyłabym każdego, którego bym spotkała, gdyż tak podle się czuję. Taka winna. Jakby cząstka mojego niepełnego charakteru gdzieś się schowała i nie chciała wyjść.

– Przepraszam... Ja...

– Nie mów nic. Po prostu przestań mnie winić za wszelkie zło. Owszem, jestem Diabłem, słynę ze zła, ale nie mógłbym zrobić ci takiego świństwa. Zaufaj mi – mówi, dotykając mojej dłoni. Zaciskam palce na jego i kiwam głową. On za dużo dla mnie zrobił, a ufać... ufam mu od prawie zawsze.

Maska AniołaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!