7. Mandarynka

1.9K 180 222

Niemal wszyscy zebrani zaczynają się śmiać, włącznie z Ezekielem, który ostatnio stwarzał pozory ponuraka. Aurora całuje mnie w policzek, pewniej i śmielej.

– To mają być, według ciebie, oświadczyny? – pyta ironicznie, na co przewracam oczami. Nigdy w życiu tak bym się nie oświadczył, chociaż... może to i bardziej w moim stylu niż jakieś romantyczne miejsce na świecie. Nie żebym był przeciw romantyzmowi, gdyż kocham tę epokę, ale z natury jestem przebiegłym draniem, który kpi z wszystkiego i wszystkich. To znaczy... tak było. Dziś jestem odmieńcem.

– A co byś powiedziała, gdyby nimi były? – odwracam jej pytanie, żeby sam się nie wkopać. Przyznam, nie lubię takich sytuacji, a nie dam się prowokować przy tych kilku osobach, które sterczą, wpatrując się w nas jak w nowe obiekty domostwa. Chyba kupię krowę. O, to jest świetna myśl. – Auroro, kupimy krowę?

– Co?! Lucyfer, nawdychałeś się czegoś? Dobrze się czujesz? – pyta zaniepokojona, ale nie ma czym się zamartwiać. Jestem całkiem zdrowy i czuję się wyśmienicie. Mam ochotę na wszystko. Mógłbym skakać po polanie, wchodzić na drzewa, wszystko mogę! – Gdyby to były oświadczyny, powiedziałabym ci, że najpierw musisz zrobić mi taką kanapkę, bym mogła cokolwiek stwierdzić. Nie wyjdę za beztalencie kucharskie. I nie, nie kupimy krowy! – woła radośnie, dotykając delikatnie mojego policzka. Bezpretensjonalnie kładę dłoń tuż pod jej piersią tam, gdzie powinno bić serce. Chcę wiedzieć... Chcę wiedzieć, czy jest żywa. Jednak kiedy próbuję się w coś wczuć... Aurora uśmiecha się i zakrywa moją dłoń swoją. – Żyję. Dla ciebie i każdego, kto kiedykolwiek mnie kochał.

– Ale...

– Moje serce nie musi bić jak u człowieka. Mogę być aniołem i kochać cię tak samo jak zawsze. To się nigdy nie zmieni, wariacie – mówi prawie szeptem, ponownie wtulając się we mnie. Uczynił z niej... anioła. Wreszcie Aurora ma nad głową najprawdziwszą aureolę, na którą naprawdę zasługuje. Ta dziewczyna od urodzenia jest istnym aniołem, działającym cuda. Każdy ma na swoim koncie grzechy, ale jej grzechy są niczym w porównaniu z tym, co dokonała w trakcie swojego żywota.

Nie chcę już wypuszczać jej z ramion. Nie chcę jej nikomu oddać. Chcę zamknąć ją w pokoju i nigdy więcej nie wychodzić do świata. Czuję się taki skołowany wszelkimi uczuciami, które miotają się w moim wnętrzu, że bez niej nie poradzę sobie nawet przez minutę. Potrzebuję jej ciepła, troski, opieki, dobrych słów, żartów i tego uroczego, pięknego uśmiechu, który zwala z nóg niejedną osobę. Choć Aurora nie należy do modelek ani do najpiękniejszych kobiet świata, dla mnie zawsze będzie własnym ideałem kobiecego piękna. Bo ma w sobie to coś. Coś, co przyciąga.

– Nacieszcie się, dzieci życiem... Bo życie...

– Jest piękne – dokańcza szeptem Aurora, posyłając czuły uśmiech Teodonowi. Ten odwzajemnia to, kiwając głową. Przechodzi obok nas, lecz zatrzymuję Go jednym ruchem ręki.

– Dziękuję i przepraszam... – mamroczę niechętnie, a On i do mnie szeroko się uśmiecha.

– Ja również, synu. Dziękuję i przepraszam. Jednak proszę cię, nie zrób jej krzywdy swym grzeszeniem. To dobry anioł – oznajmia, a kąciki Jego ust ponownie unoszą się do góry. Już ja wiem, co ma na myśli, dlatego nie mogę powstrzymać cichego chichotu.

Aurora spogląda to na mnie, to na Teodonona ze zmarszczonymi brwiami. Całuję ją w czoło i chwytam za ciepłą dłoń. Wreszcie mogę ją trzymać i wcale nie puszczać. Nawet gdyby, nie zamierzałbym tego zrobić, choć sądzę, że kobieta będzie chciała przywitać się ze swym... przyjacielem, starcem od delikatnego przeklinania.

– Zdążyliście się pokłócić? – zagaduje ma piękność, kiedy wchodzimy do środka. Zbywam to pytanie machnięciem ręki. – Lucyfer! Nie do mnie z takimi gestami! - woła, trzepiąc mnie w ramię.

Maska AniołaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!