4. Na kawie w Piekle

2.3K 227 212

Po drodze do domu zahaczyłem o kilka sklepów, gdzie kupiłem dwie butelki ulubionego wina i skrzynkę piwa. Nigdy się nie upijałem, ale dziś czuję, że muszę jakkolwiek sobie ulżyć. Nie chcę znów straszyć ludzi na rozdrożach, nie chcę też zabijać niewinnych osób, by zabrać ich dusze do Piekieł. Chcę zrobić coś, co robią ludzie, aby nie myśleć o otaczającym ich świecie. Upiję się do nieprzytomności. I tym razem nawet córka mnie nie powstrzyma, nawet jej śliczny uśmiech mnie nie przekona. Bo jej także już nie ma... Nie mam nikogo, do kogo mógłbym się zwrócić o pomoc. Jestem jak samotnik na bezludnej wyspie. Tylko ja i problemy w moim własnym, pesymistycznym świecie.

Odstawiam samochód pod dom i wysiadam z niego, popijając pierwsze piwo. Jego posmak pozostawia gorzki ślad na moim podniebieniu i od razu mam ochotę to zwrócić, ale jeśli to ma mi pomóc, zrobię wszystko, byleby zapomnieć choć na chwilę o bólu. Jak mogę być tak słaby, będąc jednocześnie tak potężną istotą?

Jeszcze raz zerkam do pokoju Candidy, spoglądając na jej pusty, pozbawiony jej rzeczy pokój. Tak cicho, tak nijako... Tak bez emocji. Candida wnosiła do tego pomieszczenia tyle zapasów energii, radości i życia, że żadne miejsce w tym domu nie było tak radosne, jak jej pokój. Puszczana tu była najróżniejsza muzyka, na ścianach zawsze wisiała masa zdjęć z naszych podróży, jej znajomych, nawet ostatnio wieszała tam zdjęcie mnie, siebie i Aurory. To urocza dziewczyna, która wie, jak dzielić radość z innymi. Szkoda, że nie zaczerpnąłem od niej tych lekcji. Radość gaśnie w człowieku tak szybko, kiedy pojawia się płomyk zła i smutku. A ten płomyk gości we mnie już od tygodni...

Wzdycham i zamykam szybko pokój, aby więcej nie wspominać i udaję się do mojej sypialni, którą dzieliłem z Aurorą. To była najlepsza decyzja, żeby ją zaciągnąć do mnie. Nie nudziłem się żadnej nocy. Mogłem podziwiać ją, gdy śpi, chrapie, czy mówi przez sen. Mogłem rysować jej portrety przy delikatnym świetle, a nawet pisać o niej piosenki. Była moją największą muzą zaraz po Candidzie. To sprawiało, że czułem, iż nareszcie żyję. Czułem radość, szczęście, spełnienie swoich pasji i hobby.

– Widzisz Lucyferze, życie nie jest takie kolorowe, jak się wszystkim wydawało. Życie to pasmo nieszczęść i upadków, a także wielkich lotów ponad chmury i radości. Raz potrafi być czarno-białe, a drugi raz przybiera odcienie wszystkich kolorów tęczy. – Cichy głos zwraca moją uwagę, więc obracam się w stronę okna, gdzie na fotelu siedzi Gabriel. Jego widok powoduje, że odsuwam się o kilka kroków do tyłu. Co on... co on tu robił? Patrzę na niego zszokowany, kiedy wstaje z wielkiego fotela i uśmiecha się delikatnie. – Nie martw się. Przyszedłem tylko do mojej przyjaciółki. Powinniśmy odprawić pogrzeb, Lucyferze...

– Nie. Powiedziałem wyraźnie, że żadnego pogrzebu nie będzie.

– Chcesz, żeby na twym łóżku rozpadły się zwłoki tak ślicznej dziewczyny? Nigdy więcej nie mógłbym spać w tym łożu – stwierdza dziadek i wzrusza ramionami, siadając obok Aurory. Uśmiecha się w jej stronę i spokojnymi ruchami głaszcze jej dłonie. Pragnę wygonić go stąd, ale pamiętam, o co prosiła mnie Aurora w liście. Bym wychodził czasami z Gabrielem na spacery. Nie muszę z nim rozmawiać, ale mam wychodzić. Może, to ten czas, kiedy chcę wyjść z nim na spacer.

– Możemy się przejść na spacer? – pytam niepewnie. To dziwna propozycja i zwykle nie proponowałem niczego tamtej upartej, złośliwej stronie domu. Carda jest wnerwiającym aniołem, Michael to... inna bajka, i mamy do siebie wzajemną urazę, Amara to typowa laleczka pragnąca mnie zdobyć, a Gabriel był dla mnie zwykle gburem. Wolałem spędzać czas wraz z moją elitą, z którą bardziej się dogadywaliśmy.

– Naprawdę tego chcesz, czy czujesz się zobowiązany? – pyta Gabriel, marszcząc czoło. Poprawia swój siwy kosmyk włosów i pociera siwą bródkę. Przełykam ślinę i przyznaję:

Maska AniołaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!