Pod mentorstwem cz.I

34 2 0

Kochałam takie noce, jak ta. Wiatr nie był chłodny, a powietrze nareszcie przestało być ciężkie. O tej porze roku, to wręcz cud, że nie było burzy.

Obserwowanie miasta z klifu było jednym z moich ulubionych zajęć, choć przez moje obowiązki, urastało do rangi rytuału, pielęgnowanego z czcią i szacunkiem, należnym niejednemu bóstwu. Po całym dniu wypełniania zleceń i biegania po mieście, wreszcie mogłam chłonąć widok oświetlonego latarniami miasta, w którym dopiero teraz - po zmroku, zaczynało tlić się życie takich, jak ja.

Trzepot skrzydeł nade mną. Odruchowo podniosłam rękę, nie odrywając wzroku od świateł miasta. Dało się słyszeć charakterystyczne krakanie i po chwili ciężar ciała ptaka osiadł na moim przedramieniu.

-Cześć, Ravn. List dostarczony?- uśmiechnęłam się do kruka. Nie odezwał się, tylko przekrzywił łepek i nieznacznie uniósł skrzydła, jakby je poprawiał w ułożeniu. Przy jego nodze nie było tym razem małego zwitka, co mocno mnie zaniepokoiło. Mój brat zawsze odsyłał odpowiedź razem z Ravn'em. Dlaczego tym razem niczego nie napisał? To chyba pierwszy raz od pięciu lat, gdy nie otrzymałam od niego nawet dwóch słów. Ostatnio, gdy nie przyszła żadna odpowiedź, wplątał się w sprawy szemranego towarzystwa i dopiero interwencja ojca zdołała wszystko uspokoić. Ale ojca nie było na tym świecie już od dwóch lat, więc jeśli Arveth znów się w coś wpakował, to mogliśmy mieć spory problem.

Zejście z klifu byłoby dla amatora wypraw nie lada wyzwaniem, ale dla mnie po tylu latach chodzenia tymi drogami, było jak odważniejszy spacer. Mogliby mnie porwać, a dotarłabym tu z związanymi oczami i pozbawiona zmysłu węchu. Równie dobrze, mogłoby mnie prowadzić krakanie Ravn'a. Jego ciężar na moim ramieniu wystarczył, bym czuła się pewnie. Nawet idąc ciemnymi uliczkami, czy gęstymi lasami, nie bałam się, gdy Ravn siedział na moim ramieniu. Jego wzrok był znacznie lepszy, niż mój, więc informował mnie, gdy zobaczył coś podejrzanego, a czego ja nie byłam w stanie dostrzec tak prędko, jak on. Był moją drugą, lepszą parą oczu. Przynajmniej raz dziennie, dziękowałam w duchu ojcu, że zostawił mi tak wiernego i pożytecznego kompana.

Ulice były pełne zakapturzonych postaci, roześmianych grup, które przesadziły z alkoholem i skrytych pod dachami dziewcząt, gotowych wyssać z ciebie ostatnie pieniądze, za oferowaną chwilę uciechy. Lepsze wyssanie pieniędzy niż krwi. A skoro mowa, o wysysaniu krwi...

-Gdzie ten uzależniony od hemoglobiny amant..?- spytałam, podchodząc do lady szynku. Stary Derb, który od niepamiętnych czasów przecierał za ladą kufle i podawał kolejne, wypełnione piwem, spojrzał na mnie i pochylił się w moją stronę.

-Siedzi tam. Przyszedł jakąś godzinę temu i odstrasza mi klientów..- odparł, kiwając głową w stronę odległego, skrytego w kącie stolika, za którym lśniły krwistoczerwone oczy, należące do kogoś, z kim zamierzałam się spotkać.

-On i to jego roztaczanie złej aury. Nie rozumiem, po co to robi, skoro i tak większość przychodzących tutaj go zna i wie, jaki jest..- westchnęłam. Czułam, że już mnie zauważył. Podejrzewałam nawet, że wyczuł moją obecność, zanim jeszcze weszłam do gospody.

-Nie wiem. Idź z nim pogadaj, bo im szybciej załatwicie wasze sprawy, tym on prędzej stąd wyjdzie. Nie lubię, jak tak tu przesiaduje, zwłaszcza, że żaden z moich trunków i tak go nie zadowoli..- Derb machnął lekceważąco ręką i wrócił do polerowania kufli. Ravn zeskoczył z mojego ramienia i usadowił się na swoim miejscu na beczułce wina, która stała na ladzie. Poprawiłam pelerynę na plecach, po czym podeszłam do zacienionego stolika. Zobaczyłam ruch, a wtedy stojąca nieopodal lampa naftowa nagle zapłonęła.

-Dobry wieczór, moja droga..- wampir uśmiechnął się szelmowsko, niby przypadkiem ukazując mi swoje kły. Po jego obu stronach siedziały dwie młode panny w kusych sukniach, spoglądające na mnie ponętnie, jakby i na mnie miały ochotę. Wiedziałam jednak, że nie zostały ukąszone. Jeszcze...

Pod mentorstwemWhere stories live. Discover now