40. 447 rok przymierza Thorab, zima

486 90 3

Miał świadomość, że nie zrobił absolutnie nic złego, a mimo to biegł ile sił w nogach. Niech będzie, zgoda – nie musiał kraść tamtej bułki, ale należała mu się. Od niemal trzech lat pracował w piekarni i to przy samym piecu, to nie była jego wina, że od ciężkiej pracy (której nikt poza nim nie chciał wykonywać) robił się strasznie głodny. Przecież za tę bułkę gotów był zapłacić swoją pracą, w czym więc tkwił problem?

Azir dobrze wiedział, w czym był problem. Wcale nie chodziło o tę drobną kradzież tylko o fakt, że w jego żyłach płynęła ognista krew ifrytów. Było jej tak niewiele, że właściwie sam nie zasługiwał nawet na miano ifryta, ale pozwalało mu korzystać z magii, a to zmieniało wszystko. Tym bardziej, że od trzech dni po Jurado krążyli wysłannicy Twierdzy, szukając nowych adeptów sztuki magicznej, oferując za nich rekompensatę w postaci złotych monet.

Tak. To właśnie się stało. Został sprzedany przez ludzi, którym zaufał. Gdyby miał choć trochę oleju w głowie, uciekłby na pustynię, tam znalazł innego syna ognia i przeszedł wtajemniczenie. Dlaczego łudził się, że będzie mógł zostać między ludźmi i udawać jednego z nich? Dlaczego biegł, skoro i tak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później czarodzieje w końcu go dopadną?

A może to właśnie była jego szansa na lepsze życie i grzechem byłoby z niej nie skorzystać? Może jednak powinien przestać uciekać i dobrowolnie oddać się w ręce magów?

Nie potrafił się zdecydować, więc po prostu biegł. Przeciskał się przez ciasne, ciemne, zastawione skrzyniami i beczkami uliczki Jurado. Niektóre tak ciasne, że musiał biec bokiem. Inne tak ciemne, że gdy tylko z nich wypadał, momentalnie ślepł w ostrym słońcu. Wiele z nich było tak zaśmiecone, że ledwie mógł znaleźć miejsce, by postawić gdzieś brudną bosą stopę. Ale to były jego ulice, jego miasto. W nim się wychował i w nim chciał zostać aż do końca swoich dni.

Gorzkie łzy bezradności wypełniły i wraz z promieniami słońca pozbawiły go wzroku, gdy wybiegł na jedną z głównych ulic. Takich momentów bał się najbardziej. Sam był wtedy zupełnie bezbronny, a dookoła niego nagle pojawiało się mnóstwo ludzi. Ryzyko, że wpadnie na kogoś, na kogo pod groźbą kary śmierci nie wolno mu było wpadać, było tak wielkie, że dziwił się iż do tej pory...

Właściwie to nie był pewien co stało się pierwsze. Możliwe, że najpierw się potknął, a potem wpadł pod nogi właśnie jednej z tych osób, na które nawet nie powinien patrzeć. Równie prawdopodobne było to, że najpierw wpadł na któregoś z przechodniów i właśnie dlatego padł jak długi prosto pod nogi strażników jego królewskiej mości.

Jeszcze nim odzyskał wzrok, poczuł na swojej szyi ostrza halabard i włóczni. Od razu zrozumiał, że od tego, co teraz zrobi może zależeć jego życie, dlatego gdy tylko zorientował się, kim byli otaczający go żołnierze, zacisnął mocno powieki, skulił się na ziemi przyciskając do niej czoło, mając nadzieję, że tak głęboki pokłon złagodzi nieco gniew władcy.

Jak to możliwe, że ze wszystkich mieszkańców stolicy Tirath, musiał wpaść właśnie na króla?

– Mój panie, najmocniej błagam o wybaczenie...

Dwie pary silnych rąk wzięły go pod ramiona i pociągnęły go w górę, zmuszając tym samym do stanięcia na nogach. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji, dlatego mimowolnie otworzył oczy. Jego spojrzenie padło prosto na twarz młodego króla-regenta. Nie mógł to być nikt inny, bo chociaż jego toga była nadzwyczaj skromna i poza wyszywanymi złotą nicią wzorów nie miała innych ozdób, to szkarłatny płaszcz i złoty diadem na nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Azir jęknął w duchu z przerażenia.

Najgorsze były jego oczy. Ifryt nie mógł pozbyć się wrażenia, że król swoim spojrzeniem wbija się głęboko w jego umysł. Czego tam szukał?

Śnij zapomnianePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!