17. Rysa na szkle

1.8K 203 13
                                          

Strach zmusza ludzi do podejmowania decyzji, których nie chcą. Powoduje, że mówią słowa, których żałują. Sprawia, że robią rzeczy, których nigdy by nie zrobili. Paraliżuje od środka, potęgując bezsilność, która potrafi zniszczyć nawet najlepszego człowieka. 

— Granger — usłyszałam za plecami, jednak nie miałam siły się odwrócić. Klęczałam przed stertą gruzów, przez którą bezskutecznie próbowałam się przedrzeć i opierałam drżące dłonie na udach. 

— Nie mogę ich zostawić — wyszeptałam, wcale nie będąc pewna czy na głos. 

— Nie masz lepszego wyboru — mruknął Snape. — Weasley przypieczętował swój los, rzucając klątwę, nad którą nie zapanował i...

— On nie jest zły — zaczęłam cicho, czując jak gardło ściska mi płacz. — Nie był...

Desperacko próbowałam wierzyć we własne słowa, łapiąc się ich jak ostatniej pływającej po powierzchni deski ratunku.

— Chciał cię zabić — stwierdził po chwili Snape. Pokręciłam głową, jakby to była największa bzdura na świecie, ale gdzieś w głębi serca, gdzieś w tyle głowy poczułam ukłucie, że to po prostu stwierdzenie faktu. Którego za nic nie mogłam do siebie dopuścić. — Czasem osoby, które myślisz, że dobrze znasz robią rzeczy, o których nigdy byś ich nie podejrzewała. Pogódź się z tym, Granger. Otrząśnij się.

— To wszystko miało być inaczej. Mieliśmy wygrać, mieliśmy cieszyć się życiem. We trójkę. 

— Ale zostałaś sama i musisz to przełknąć — warknął Snape nieco ostrzej, wyraźnie zirytowany moim zachowaniem. W tej chwili poczułam, że jest mi już wszystko jedno. Mój świat się skończył, rozpadł. Byłam zbyt słaba, żeby to "przełknąć". Zbyt słaba, żeby chcieć się z tym pogodzić. — Bredzisz, Granger. Nie jesteś zbyt słaba, po prostu potrzebujesz porządnego kopa w tyłek. Wyjdziesz stąd, poukładasz sobie życie...

Spojrzałam na niego zaskoczona, zdając sobie sprawę, skąd biorą się jego słowa.

— Czy pan... właśnie... wszedł do mojej głowy? — spytałam, podnosząc się z ziemi. — Nie ma pan za grosz uczuć?

— A czy wtedy słuchałbym twojego użalania, próbując zebrać cię do kupy? — rzucił oschle, unosząc brew. — Czy zawracałbym sobie głowę tym, co się z tobą dzieje?

— Nie każę panu — mruknęłam zrezygnowana. — Może pan odejść.

— Jeszcze tego brakuje, żeby zasmarkana gryfonka mówiła mi co mam robić. Uratowałaś mi życie, co niestety obliguje mnie do odwdzięczenia się tym samym, więc rusz swoje chude dupsko z łaski swojej i nie obwiniaj się za śmierć kogoś, kto w nosie miał twoje uczucia — odparł poważnie zdenerwowany Snape. Jego słowa podziałały jak kubeł zimnej wody. Nie do końca pasowały do śmierciożercy, który za punkt honoru obrał sobie upokarzanie uczniów, ale tu w tunelu zrozumiałam, że nie każdy jest taki, jakim się wydawał. Że każdy nosi maskę, pod którą mogą kryć się przeróżne rzeczy.

— Nie ma pan wobec mnie długu, profesorze — mruknęłam, ocierając wierzchem dłoni zmęczone oczy. Spojrzałam na Snape'a, którego twarz złagodniała. Teraz wreszcie wyglądał jak człowiek. Wycieńczony, ale posiadający uczucia, chociaż skrajnie upośledzone, to takie, które utrzymywały mnie do tej pory w ryzach. — Gdyby nie pan, już dawno bym się załamała. I znowu pan to zrobił. Znowu postawił mnie pan na nogi. Jesteśmy kwita.

Chwilę staliśmy w milczeniu, a Snape przyglądał mi się badawczo. W jego oczach brakowało tego błysku oceniania, tego wyrazu wyższości. Nie patrzył na mnie przez pryzmat gówniary, która robi głupie rzeczy, ale jak na człowieka, który jest w takiej samej sytuacji jak on sam. I mimo, iż nie wiedziałam, czy moje wnioski są słuszne, chciałam trzymać się ich ze wszystkich sił. Tak po prostu było łatwiej.

— Kwita — stwierdził Snape, skinąwszy głową, po czym spojrzał w tył, na kulącą się na ziemi Elenę. Spała na jego wierzchniej szacie, trzęsąc się z zimna i wykrzywiając twarz w grymasie, jakby śniła koszmar, z którego bardzo chciałaby się obudzić. 

— Ma wielkie szczęście — powiedziałam nagle, nie zastanawiając się nad tym. Snape znów na mnie spojrzał, tym razem unosząc pytająco brew. — Ma pana. 

— Wyobrażam sobie, że istnieją na świecie lepsi opiekunowie niż ja — odparł, krzywiąc się.

— Ale na pewno nie tacy, którzy byliby w stanie zapewnić jej bezpieczeństwo. Na pewno nie tak inteligentni, nie tracący zimnej krwi nawet w najgorszej sytuacji — wyjaśniłam, uśmiechając się pod nosem. — To co się stało... To, że Harry zginął... To zmieni wszystko. Świat już nigdy nie będzie taki sam. I nie wiem, czy ktokolwiek byłby w stanie zapewnić jej lepszy los. 

— Jestem to winny jej matce — odezwał się niespodziewanie Snape tonem, który wyrażał wielki żal i skruchę. Musiałam spojrzeć na niego, żeby upewnić się, że to ten sam mężczyzna. 

— Co się z nią stało? — spytałam szybciej, niż zdążyłam ugryźć się w język. Snape nigdy nie sprawiał wrażenia kogoś, kto chętnie dzieli się opowieściami z prywatnego życia, ale kiedy spojrzał na mnie widziałam, że jednak zaszła w nim jakaś zmiana. Pękła część maski, którą na co dzień nosił. — Nie chciałam być wścibska, przepraszam.

— Zaufała niewłaściwemu czarodziejowi.

Wiedziałam, że na więcej nie mam co liczyć. Cieszyłam się, że chociaż w tak niewielkim stopniu otworzył się przede mną, podczas kiedy ja... Nie dałam z siebie za wiele. Wciąż płakałam i użalałam się nad sobą. Wciąż obwiniałam się za śmierć przyjaciół. 

— Prześpij się — dodał nagle Snape, siadając na ziemi obok swojej siostrzenicy. — Ruszymy za godzinę. Bez dyskusji — mruknął, kiedy tylko otworzyłam usta. Uśmiechnęłam się słabo i skinęłam głową, siadając na zimnej ziemi naprzeciw niego. Oparłam się o skalny występ, który niemiłosiernie wbijał się w moje plecy i szyję, ale nie zamierzałam narzekać. Nigdy więcej. Przyglądałam się śpiącej dziewczynce i mężczyźnie, który ku mojemu zaskoczeniu zaczął ocierać jej czoło z potu. Wyglądał niesamowicie ludzko opiekując się drugim człowiekiem. Zawinęłam się szczelniej kurtką i postanowiłam pójść za radą Snape'a. Musiałam zasnąć, wyłączyć myślenie, odepchnąć od siebie wszystko. Nagle Elena poruszyła się. 

— Wujku? — spytała ledwo przytomnie. — Zabierzesz nas do domu?

Mężczyzna spojrzał na mnie ukradkiem. Dom. Pojęcie tak abstrakcyjne, że aż musiałam przygryźć wargi, żeby się nie rozpłakać. Nigdy nie pomyślałam, co zrobimy, kiedy wydostaniemy się ze szkoły. Do tej pory wydawało mi się, że znam to pojęcie i jego znaczenie, ale teraz... W mojej głowie pojawiła się czarna dziura. Hogwart był moim domem. 

Uciekinierzy ✔Where stories live. Discover now