Umysł postanowił być głuchy na moje prośby

1.8K 108 15

[TONY] 

*PROLOG*

 Leżąc na wznak, wsłuchiwałem się w symfonie wygrywaną przez krople deszczu. Pokój spowił mrok, gdy księżyc znikł za czarnymi jak krucze pióra chmurami. Ciążące mi powieki bezwładnie opadały ku dołowi, zwiastując nadejście upragnionego przez ciało snu. Zamykając oczy, starałem się oczyścić umysł, nie myśląc już o niczym. Jednakże i ta próba okazała się zbyteczna, kiedy umysł postanowił być głuchy na moje prośby. Wracając myślą do ubiegłego wieczoru, kąciki ust mimowolnie powędrowały w górę. Wstrzymując oddech, poczułem przyjemny dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa. Miniona noc, na długo zapadnie mi w pamięci sprawiając, że nic już nie będzie takie samo.


 *WCZEŚNIEJ*

Słysząc hałas, który zdawał się wwiercać w zakamarki mojej głowy, wyłączyłem budzik, uderzając w niego ręką i sprawiając, że z łoskotem wylądował na ziemi. Z trudem udało mi się podnieść do pozycji siedzącej, kiedy skutki wczorajszego, nadmiernego spożycia alkoholu, dały o sobie znać.

- Jarvis. - powiedziałem, brzmiąc, jakby ktoś przejechał mi papierem ściernym po strunach głosowych. Czując przeszywający ból głowy, sięgnąłem po tabletki przeciwbólowe, popijając je dużą ilością wody, po czym pustą butelką rzuciłem w kąt pokoju, gdzie leżała ich już spora ilość.

- Dzień Dobry, sir. - odezwał się donośny głos domowego komputera, który był mi bliższy niż większość znanych mi osób. - Zapowiada się słoneczna pogoda. Termometry wskazują dwadzieścia osiem stopni Celsjusza, bez zachmurzeń. Dwadzieścia trzy nieodebrane połączenia. Przypominam o dzisiejszych urodzinach Clinta Bartona. Posłałem już po garnitur, o który pan prosił. - Gdyby nie fakt, że obiecałem zaszczycić ich swoją obecnością, najchętniej nie wstawałbym dziś z łóżka. Wstając, zatoczyłem się, opierając się o kant szafki, po czym jakby nigdy nic udałem się w stronę łazienki.

Kończąc ostatniego tosta i opierając się o blat kuchenny, delektowałem się zapachem świeżo parzonej kawy. Jej gorzki aromat pobudzał mój bezcenny mózg do działania, pozwalając przetrwać poranek. Biorąc łyk, usłyszałem dzwonek do drzwi.

-Jarvis, karz zostawić garnitur w salonie. - wypaliłem bez zastanowienia, biorąc kolejny łyk.

- Sir, przyszedł Kapitan Rogers. - odparł, na co zakrztusiłem się kawą. Biorąc serwetkę, wytarłem usta, zastanawiając się nad celem jego wizyty. I tym, jak do cholery dotarł do drzwi?! Bądź co bądź, nie często zdarza mu się tu zaglądać. Zwłaszcza o tej porze. W sumie to nikt ostatnio, nie pofatygował się, aby sprawdzić, czy w ogóle żyję. No może oprócz dostawcy pizzy. Tyle że to się przecież nie liczy, prawda? Bez Pepper, nic już nie jest takie samo. Kiedyś, wszystko wydawało się prostsze. A czy wspominałem, o inteligentnej zbroi pilnującej okolicy, niewpuszczającej nikogo bliżej niż 3 kilometry od domu? Nie? Przecież mówię. Zmierzając w kierunku drzwi, chwyciłem za klamkę, otwierając je. Tuż przede mną stał wysoki, niebieskooki blondyn z fragmentem maski mojego hełmu w dłoni. Tuż za nim leżała reszta zbroi, która nadawała się już tylko na części. Przeklęty Rogers. Tyle miesięcy spędzonych w garażu, na nic. I w dodatku, nawet się nie zmęczył. Niech to.

- Postradałeś rozum?! - usłyszałem, zostając wybudzony z transu, jakim było wpatrywanie się w szczątki biednego MARK47. Mimo wszystko i tak nieźle zniósł spotkanie z tą kupą mięśni, która jak zwykle zresztą miała minę wściekłego pudla. Jakbym znów zapytał go o budowę mikrofali. - Nie odpowiadałeś na telefony. Martwią się o ciebie Tony.

- A ty śnieżynko? Martwiłeś się o mnie? - zadrwiłem, wpuszczając go do środka. Gdy już znaleźliśmy się w przedpokoju, w którym śnieżnobiała barwa ścian zdawała się kłuć w oczy, podszedłem do panelu sterowania umieszczonego tuż obok wielkiego lustra, zajmującego większą część prawej ściany, w który dopiero teraz spostrzegłem jak bardzo podkrążone mam oczy. Już nie wspominając o tym, że jedyne co miałem na sobie to bokserki. Cholera, w sumie zawsze mogło być gorzej. I nawet nie chcę o tym myśleć. Wpisując kod wyłączający zabezpieczenia, zamknąłem osłonę panelu. Wykonując jeden gest ręką, żaluzje podniosły się, wpuszczając jaskrawe światło przenikające przez szklaną ścianę budynku, przez którą ujrzeć można było bezkres Oceanu Spokojnego. - Rozgość się, idę się ubrać. Tylko najlepiej niczego nie dotykaj, bo do dziś nie mogę naprawić komputera, którego ostatnio miałeś w rękach. - dodałem, lecz on mimo wszystko zachowywał powagę, lustrując mnie spojrzeniem. Opamiętując się, spoczął na kanapie, zlewającej się z kolorem ścian, po czym kierując wzrok w uchylone drzwi sąsiedniego pokoju, jego łagodny wyraz twarzy zastąpiło przerażenie. Wstając, pewnym krokiem ruszył w ich kierunku. Otwierając drzwi szerzej, wszedł do środka. Pokój był zdemolowany. Kawałki szkła rozbitej butelki zdobiły podłogę, leżąc w kałuży bezbarwnej cieczy, od której na kilometr, poczuć można było woń alkoholu. Połamane krzesła, leżały pod poobdrapywaną ścianą, w której widniała sporej wielkości dziura. Fragment zbroi znajdował się w centralnej części pomieszczenia, gdzie były także szczątki mebli i tego, co kiedyś nazwać można było telewizorem. Odwracając się w moją stronę, zmierzył mnie jakby własnie patrzył na psychopatę. Zarazem zauważyłem, że już tylko sekundy dzieliły go, od wypalenia czegoś w stylu ''wiedziałem, że tak będzie''. W najlepszym wypadku. Przecież każdy czasami może mieć gorsze dni. Chociaż, mi zdarzały się one jednak zbyt często. Nie sądziłem, że jakaś kobieta zdoła mnie doprowadzić do takiego stanu. A najgorsze w tym wszystko jest to, że czasu już się nie cofnie. Wychodząc z garderoby i schodząc schodami do salonu, Steve stał w drzwiach i gdy tylko mnie usłyszał, odwrócił się w moim kierunku. Znowu się zacznie.

- Dlaczego to robisz? Myślisz, że to w czymś pomoże? - odparł, trzymając w ręce potłuczoną butelkę po alkoholu, a w jego głosie można było wyczuć rozczarowanie. Wolałbym już, aby Fury wysłał jakiegoś swojego chłopca w rajtuzach. Jeśli już tak bardzo chcą ingerować w moje życie, to niech, chociaż nie będzie to on.

- Co jest złego w oblewaniu urodzin Jarvisa? Jesteś bez serca. - powiedziałem, widząc malującą się na jego twarzy złość. Zawsze mnie to bawiło, bo nic tak nie poprawia humoru, jak wściekły muzealny eksponat. - Kawy, herbaty? - dodałem, jednocześnie sprawdzając powiadomienia na telefonie.

- Nie byłoby w tym nic złego, jeśli nie oblewał być ich trzy tygodnie z rzędu! - odparł, a jego pokłady spokoju zniknęły, jak ręką odjął. Wstrzymując oddech, uspokoił się, po czym już bardziej opanowany ciągnął dalej. - Tony, wiem, że ją kochałeś.

- Przestań chrzanić Rogers! - powiedziałem, stając tuż przed nim. Nie ma prawa o niej wspominać. - Jeśli przyszedłeś prawić mi kolejne kazanie, to wiesz, gdzie są drzwi. - warknąłem ostrym tonem, patrząc mu prosto w oczy.

- Nie chce, abyś skończył na dnie! Czy tak trudno ci to zrozumieć? - powiedział, a ja przetwarzałem tę informację, zastanawiając się, czy to tylko urojenia, czy może jednak sprawka nękającego mnie od rana kaca. Odsuwając się od niego, prychnąłem, kręcąc przecząco głową.

- Najlepiej dla wszystkich będzie, jeśli dacie mi święty spokój. - odparłem, odwracając się do niego plecami i kierując się w stronę schodów do garażu. - A i jeszcze jedno. - dodałem, odwracając się w jego kierunku. - Przekaż Fury'emu, że wypisuje się z jego interesu. Nie służy mi latanie, w blaszanym garniturze z atomówką na plecach. - będąc tuż przed pierwszym stopniem, usłyszałem głos Steve'a.

- Jeśli nie pojawisz się dziś na urodzinach, zaniosę cię tam. - odparł, jakby nie zwracając uwagi na to, co przed chwilą do niego powiedziałem. Wydawał się jakiś inny, jakby osoba, którą jeszcze przed chwilą był, postanowiła dać sobie na wstrzymanie. I nie dało się nie zauważyć, tego charakterystycznego dla niego szczerego uśmiechu. Nie wiem dlaczego, ale poczułem przyjemne ciepło, które zdawało się wypełniać mnie od środka. Ogarnij się Stark. To tylko kolejna natrętna blondynka, chcąca zepsuć ci humor. Wysoka, napakowana i wściekła na dodatek. Mój umysł, wręcz kocha niszczyć wizerunek osób, które próbują się do mnie zbliżyć. Naturalna bariera ochronna, przed kolejnym rozczarowaniem. Mimo wszystko, może jednak nie jest taki zły, jakby się mogło wydawać.

- Czy to była groźba? - powiedziałem z drwiną, lecz także posłałem mu cwaniacki uśmieszek, krzyżując ręce na piersi. Co ja do cholery wyprawiam. W co ty grasz Rogers?

- To już zależy od Ciebie. - odparł i wciąż się uśmiechając, poszedł w kierunku wyjścia. Zapowiada się wieczór pełen wrażeń. Gdy wyszedł z budynku, podszedłem do szklanej ściany, przez którą widziałem, jak wsiada na motocykl.

- Jarvis? - zawołałem, gdy Steve znikł z pola widzenia.

- Tak sir?

- Potwierdź Bartonowi, że pojawię się na przyjęciu. Za niedługo wrócę. - odparłem, odchodząc od szyby i zabierając kluczki od auta, skierowałem się w stronę garażu, zamykając za sobą drzwi.  

Witam :D

Moje pierwsze opowiadanie tego typu i zobaczymy co z tego wyjdzie :> Oczywiście w drugim rozdziale, będą już ,,mocniejsze sceny'' :D Więc ostrzegam na wstępie :* I do kolejnego ^-^





Bad Thoughts ► [STONY]Przeczytaj tę opowieść za DARMO!