Epilog

6K 561 309

   Głucha cisza mnie irytowała. To było niemożliwie niewygodne nie móc nic słyszeć. Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przywrócić w magiczny sposób siłę fizyczną. Chciałam móc chociaż się podnieść i zobaczyć, co się działo. Wyciskałam z siebie siódme poty, aby usiąść. Moje ciało było niewiarygodnie ciężkie, jak nigdy. Zadanie utrudniał złamany, a raczej zmiażdżony prawy nadgarstek. To zapewne była karma za postrzelenie Aaronowi jego prawej nogi (nie żałowałam). W końcu dałam radę. Kiwałam się na boki jak pijana i nie przytomnym wzrokiem wpatrywałam się w widok za szybą. Mój dom wciąż płonął, a ogień rozjaśniał posesję, dzięki czemu mogłam dokładnie wszystko zobaczyć. Mówiąc wszystko, mam na myśli to, jak moi chłopcy strzelają do ludzi Lucasa. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy zauważyłam ile mężczyzn szło z karabinami w stronę wrogów. Szli dumnie, z podniesioną głową, niczym żołnierze. Z czarnego vana wybiegł Justin. Trudno było go nie rozpoznać, kiedy miał na sobie to, co kazałam ubrać mu parę godzin temu. Zaśmiałam się słabo, ale szczerze. Jednak moje szczęście znikło tak szybko, jak się pojawiło. Bieber na widok płonącego budynku, upadł na trawę. Z jego dłoni wypadł taki sam pistolet, jakim ja się posługiwałam wcześniej. Kolana mężczyzny zderzyły się z ziemią. Oniemiały nie odrywał wzroku od ognia. Ryan do niego podbiegł ze swoim karabinem, chciał go odciągnąć, ale ten się wyrywał. Butler mocno go złapał i zaczął ciągnąć za sobą z powrotem do vana. Justin był na prawdę silny. Uparty jak osioł, walczył z przyjacielem. Oparłam brudne od krwi czoło o szybę. Zdrową również ubrudzoną od czerwonej cieczy dłoń przyłożyłam do okna. Nie wycierałam łez spływających po moich policzkach. Łokciem nacisnęłam na czarny przycisk przy klamce. Nie działało. Chrząknęłam i zaczęłam krzyczeć ile sił miałam w płucach (niewiele).

- Justin!

   Nie mogłam usłyszeć swojego głosu, co było przerażające. Bóg rzucał mi ciągle kłody pod nogi, a ja ledwo co się ich pozbywałam ze swojej drogi. Wrzeszczałam (chyba) na całe gardło. Nie miałam już siły i po jakimś czasie przestałam. Nie byłam nawet pewna, czy wymawiałam zrozumiałe słowa. Nikt mnie nie usłyszał. Było zbyt głośno, zbyt duże zamieszanie. 

   Nagle poczułam mocne uderzenie. Pojazd mocno się zatrząsł. Wokół było jeszcze więcej ognia. Nie chciałam się spalić, nie, kiedy jeszcze żyłam, a przynajmniej próbowałam. Uderzałam w szybę obiema rękoma, nie zważając na ból, jaki czułam w prawej. Kolejne mocne zatrzęsienie sprawiło, że podskoczyłam w miejscu. Niespodziewanie usłyszałam huk. Miałam ochotę skakać z radości, że w końcu odzyskałam słuch, po kilkunastu ciężkich minutach. Nie mogłam, bo zemdlałabym z bólu. Wciąż czułam, jakby moja łydka płonęła, choć było mi niemożliwie zimno. Być może nie zrozumiesz mnie, bo nigdy tego nie poczułeś. 

   Płomienie musnęły przód samochodu, co sprawiło, że pisnęłam. Szarpałam klamkę drzwi, ale nie udało mi się. Uderzałam łokciem w przycisk otwierania szyby. Nie działało. Wciąż nie działało to przeklęte cholerstwo. Cofnęłam się do tyłu, wrzeszcząc z bólu. Moja łydka dawała o sobie znać. Nie próbowałam nawet na nią spojrzeć. Zgięłam zdrową i sprawną nogę, a następnie kopnęłam w okno. 

- Kurwa! - krzyknęłam.

   Uderzałam bez przerwy. Słone łzy zamazywały mi obraz, który swoją drogą i tak był już słaby. Wszystko mnie bolało, ale ignorowałam bóle. Miałam przed oczami twarz synka. Robiłam to dla niego, tylko i wyłącznie dla niego. Kolejny raz ogień zetknął się z samochodem, ale tym razem mocno i skutecznie. Tak skutecznie, że pękły wszystkie szyby. Wtedy pierwsze, co usłyszałam, że to wrzaski Justina.

- NIE! ONA NIE MOŻE ZGINĄĆ! - płakał okropnie. - GDZIE ONA JEST?

- Justin, kurwa, przestań! - Chaz również płakał. 

- ZOSTAWCIE MNIE!

   Niczego nie widziałam, bo leżałam na siedzeniach podpierając się łokciami. Złapałam się sprawną ręką oparcia, aby się podnieść, jednak w tym momencie to było cięższe niż wcześniej. Bardzo dobrze - a nawet lepiej niż wcześniej - słyszałam płacz chłopców. Oni wszyscy płakali, jednak najgłośniej robił to Justin.

- BABY GIRL! PUŚĆCIE MNIE! ARIANA! 

- Justin, uspokój się! - to była Jazzy.

- ONA NIE MOGŁA TAM UMRZEĆ! NIE! 

- PRZECIEŻ WIDZISZ, ŻE JEJ TUTAJ NIE MA! - wrzasnęła Cassie.

   Boże, Cassie. Cassie tam była! Była z nimi! I Jazzy! A ja wciąż nie mogłam się podnieść, choć wcześniej to nie sprawiało mi aż takiego wielkiego problemu. Byłam tak blisko wyjścia z tego przeklętego auta, a jednocześnie tak daleko! Wystarczy, że wyszłabym jakoś oknem. 

- TO WSZYSTKO TWOJA WINA! - krzyczała moja przyjaciółka. - TY JEBANY SKURWYSYNIE! EGOISTYCZNY DUPEK! MORDERCA!

- Cass, przestań, proszę cię! - usłyszałam Chrisa. 

- NIENAWIDZĘ CIĘ! - wrzeszczała blondynka. 

- Justin, wstawaj! 

- PRZESZUKAJCIE DOM! ONA TAM JEST! 

- Nie ma jej tam, bro. Dom spłonął, słyszysz? Nie znajdziemy jej tam.

- SZUKAJCIE JEJ! ONA MUSI TU BYĆ! MUSI, KURWA! 

- Bieber - warknął Ryan drżącym głosem. - Uspokój się, do kurwy nędzy! Nie mam jej nigdzie, rozumiesz? Twój pierdolony azyl się zjarał! 

- NIE!

- Tak! 

- Ryan, nie mów tak do niego! - krzyknęła Jazzy. - Nie widzisz w jakim jest stanie?

   W momencie, kiedy chciałam krzyknąć, drzwi samochodu za mną otworzyły się. Nie zdążyłam się obrócić, a ktoś pociągnął mnie za włosy. Pisnęłam łapiąc ręce napastnika. Nie bardzo mogłam mu się wyrywać, bo dwie sprawne (osłabione) kończyny nie dawały mi ani trochę przewagi. Wrzasnęłam najgłośniej jak potrafiłam. Płomienie ognia, między którymi byłam ciągnięta po mokrej i zimnej trawie rozświetlały podwórko. Zostałam oparta o jakieś drzewo. Mogłam zobaczyć, jakie duże ślady krwi po sobie zostawiałam. Moje obie nogi były całe zakrwawione. I w momencie, gdy myślałam, że przestałam umierać, że była nadzieja na to, że jednak przeżyję, usłyszałam strzał. Głośny i wyraźny strzał. Myślę, że wszyscy go usłyszeli. Usłyszałam ich głosy, głosy moich przyjaciół. Potem ich zobaczyłam. W tym samym momencie poczułam cholerny ból w drugiej nodze. Skupiłam się na nich przez większość czasu i dopiero po chwili zauważyłam, że Lucas stał nade mną i mierzył broń w moje nogi. Zdążył postrzelić drugi raz moją wcześniej jedyną sprawną nogę, zanim sam dostał kulkę w głowę. Podsumowując: zostałam postrzelona trzy razy. 

   Oni byli coraz bliżej i bliżej. Biegli grupą. Na jej czele był Justin. Ubrudzony krwią i posiniaczony. Ale był. To jego twarz widziałam, zanim zamknęłam oczy. To jego głos słyszałam, zanim znów ogłuchłam. Jego dłonie czułam na twarzy, zanim straciłam czucie. Wspomnienia, które mi dał, odtworzyłam zanim straciłam świadomość. 

* * *

   No cóż, stało się.
Dziękuje za wszystkie wyświetlenia i miłe komentarze. Kocham was ❤

 Kocham was ❤

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.


PS. Polecam ff Mistletoe autorstwa yourpurpose01 🙏

Fix me / jarianaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!