75

5K 479 264

   Nie mogłam uwierzyć w to, jaka naiwna i głupia byłam. Nie wiem, dlaczego wciąż miałam nadzieję na to, że Justin mógłby przyjechać i mnie uratować, że mógłby być moim bohaterem. To porąbane. Siedząc na zimnych kafelkach w łazience i będąc ubrudzona krwią swoich ofiar, zorientowałam się, że przecież... ten związek był bezsensowny. Nienawidziłam siebie za to, że nie posłuchałam ludzi, którzy odradzali mi bycia z nim, a wręcz zabraniali tego. To nie miało przyszłości - mój związek z nim nie mógł istnieć. Nie, jeśli miałabym być skazana na dalsze ataki ze strony wrogiego gangu czy coś w tym stylu. Nie daj Boże, żeby stało się coś Jaxonowi, przez niebezpieczną pracę jego ojca. To nieodpowiedzialne narażać na to dziecko. Narażać go na śmierć tylko dlatego, że jego kochany (wyczuj sarkazm) tatuś ma taką, a nie inną pracę. Najśmieszniejsze było to, że jeszcze kilka godzin temu nie mogłam się doczekać, by go znów zobaczyć. Jezu, przecież ja za nim tęskniłam, zanim on wyszedł z domu! Jak można być tak cholernie ślepym? A no można najwidoczniej. 

   W momencie, kiedy przed oczami miałam twarze ludzi, których zabiłam, żałowałam każdej chwili spędzonej z nim. Nienawidziłam go z całego serca (w którym nie było już miejsca na miłość do niego) tak bardzo, że byłam gotowa zabić także jego. Był tym, który mnie zmusił, by mordować, zmusił mnie, bym walczyła o swoje życie, co zrobiłam nie zważając na nic. Musiałam być przecież silna, by nie powtórzyła się sytuacja sprzed ok. miesiąca. Nie mogłam pozwolić by moim synem opiekował się Bieber (w dodatku po mojej śmierci, ponieważ nie wiadomo czy mogłabym to obserwować). Obiecałam sobie, że jeśli przeżyję tę noc i uda mi się uciec, zrobię wszystko, by już nigdy nie mógł go dotknąć. 

   Miałam w sobie siłę do walki dzięki Jaxonowi. Dawał mi nadzieję, wiarę i chęci. Myśl o moim synku sprawiała, że byłam w stanie rozstrzelać ich wszystkich po kolei, jeśli to sprawiłoby, że byłby ze mną, bezpieczny. Musiałam zrobić, co w mojej mocy, aby do niego dotrzeć i zapewnić mu godne życie. Taki był plan. 

- Gdzie jesteś, kruszynko? - usłyszałam ochrypły głos dochodzący zza ściany. - Chodź do mnie, maleńka. 

   Powoli podniosłam się do pionu, wzmacniając uścisk na broni. Na palcach cofnęłam się parę kroków w tył. Przyłożyłam dłoń do ust, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Trzęsłam się jakbym właśnie zamarzała. Z trudem powstrzymywałam łzy, które napływały do moich oczu na myśl, że być może koleś zaraz mnie znajdzie. 

- Skarbie, nie ukrywaj się już - wszedł do któregoś z pokoi. - Nie zrobimy ci krzywdy, wszystko będzie dobrze, wyjdź do nas. 

   Miałam ochotę wybuchnąć głośnym śmiechem, lecz rzecz jasna nie zrobiłam tego. Kiedy tylko kroki zrobiły się nieco głośniejsze, wyciągnęłam przed siebie drżącą rękę, w której ściskałam naładowany i gotowy do użycia pistolet. 

- Ariana, znajdę cię gdziekolwiek się schowałaś, perełko. 

   Przełknęłam ślinę. Odmawiałam w myślach modlitwę do Boga. Prosiłam go o to, by po mojej możliwej śmierci Jaxonem zajęli się moi rodzice i żeby walczyli o odebranie Justinowi praw rodzicielskich. Brzmi okrutnie, ale sam to na siebie sprowadził.

  Skrzypienie drzwi łazienki sprawiło, że serce podeszło mi do gardła. Spociły mi się dłonie, a nogi miałam jak z waty, więc musiałam się oprzeć o ścianę, by nie upaść. W progu zobaczyłam niebieskookiego, młodego blondyna. Kiedy nasz wzrok się spotkał, uśmiech zagościł na jego twarzy. Chciałam krzyknąć do niego ''uśmiechaj się, póki masz zęby'', ale w porę ugryzłam się w język. 

- Witaj, malutka - powiedział. - Tutaj jesteś. 

   Obdarzyłam go nie ufnym spojrzeniem. Zmierzyłam mężczyznę wzrokiem od dołu do góry, uważnie mu się przyglądając. Wyczuł mój strach, co poznałam po jego czynie: schował broń do kieszeni i uniósł ręce ku górze. 

Fix me / jarianaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!