Prolog

172 13 5

Salem, rok 1772

Góra Czarownic

Las zdawał się być coraz większy, coraz bardziej mroczny i przerażający.

Słońce zaszło wyjątkowo wcześnie dzisiejszego dnia. Najkrótszy dzień w roku. Przesilenie. Tego wieczoru wszystko wydawało się bardziej rzeczywiste, realne a jednocześnie niezwykle mistyczne. Wszystko dziś było możliwe. Taki moment, jest najlepszym dla tego, co zamierzała zrobić. Teraz albo nigdy. Tak mawiała jej matka. Skończy z tym światem i ludźmi, którzy zniszczyli jej życie. Zabrała kufer przechowywany od wielu pokoleń w jej rodzinie i ruszyła na Górę Czarownic. Pora rozpocząć czary.

Wspinaczka wbrew pozorom nie zajęła jej dużo czasu. Wystarczył jeden podmuch wiatru, a została poniesiona w górę o kilkanaście metrów. Magiczny czas, tak opisywała dzień przesilenia jej matka. W tym niezwykłym momencie, każdego roku moc potęgowały siły natury.

Wszystko było gotowe. Sabat zebrał się przed czasem, tak jak przepowiedziano. Gdy dotarła na miejsce, na środku polany paliło się ognisko. Kocioł został już postawiony. Pora na ostatnie składniki.

— Pani, karły potwierdziły, że magowie zaszyli się gdzieś w Mrocznej Dolinie.

— Nie dziwi mnie to. Zawsze koniec końców okazywali się tchórzami.

Maurena, jedna z potomkiń Czarnych Czarownic, ruszyła ku członkom Sabatu. Tak długo wyczekiwała tej chwili, że jej ciało promieniało zniecierpliwieniem. Jej matka, zanim skonała w męczarniach w jednym z więzień magów, przekazała córce wiedzę, którą potrzebowała do dokonania zemsty. Wyklęci. Po raz pierwszy magowie poczują jak to jest, gdy nie ma wyjścia. Wokół osiadła ciężka mgła. Zdawało się, że nawet przyroda przygotowana była na to, co miało się za chwilę wydarzyć. Klątwa, którą magowie rzucili wieki temu, przestanie istnieć. W końcu posmakują własnej broni, a jej ród będzie wolny. Odzyskają to, co im podstępnie ukradziono. Przygotowania dobiegły końca.

Gdy tylko znalazła się w okręgu, złożonym z najstarszych członków Sabatu, poczuła wydobywającą się z ziemi energię. Potrzebowała jej bardzo dużo, dlatego wybrała to miejsce. Szukała go przez ponad czterysta lat, aż w końcu jej się udało. Większość z jej rodu wyginęła. Magia stawała się coraz mniej wyczuwalna. Wszystko to było efektem klątwy, którą rzucili ich wrogowie. Odbierała im moce i nieśmiertelność. Sama też czuła się coraz słabsza. Miała jednak dość siły, by po raz ostatni rzucić świat na kolana. Skosztować najczystszej, najbardziej pierwotnej energii. Zamknęła oczy i zaczęła szeptać formułę, którą nauczyła ją matka, gdy leżała na łożu śmierci. Teraz to ona odda życie za mord, o jakim jeszcze żaden ze światów nie słyszał. Wokół będzie tylko szkarłatna krew i nic więcej.

— Exequiem mortis librin...

Złapała rękojeść sztyletu Athame[1]. Skierowała go ostrzem w kierunku ognia. Według tradycji sam ogień by wystarczył, aby naładować go energią. Ona jednak potrzebowała jej dużo więcej. Pragnęła zniszczyć wszystkich wrogów. Do tego potrzebowała zaklęcia dużo potężniejszego. Chciała, by przyszłe pokolenia niszczyły magów bez większych problemów. Bo to, że się odbuduje ta rasa zdrajców, było bardziej niż pewne. Gdy tylko sztylet zabłysnął, rączka promieniała energią, podniosła go ku górze, biorąc głęboki wdech.

— Niech przez tę najwyższą ofiarę, potomek najstarszego rodu stworzy armię, która sprowadzi na nasz ród spokój i potęgę! — wykrzyknęła do zgromadzonych.

—Zamknęła oczy i pomyślała o jedynej rodzinie, tak silnej, by mogła dokonać rozpoczętego przez nią dzieła. Nim się obejrzą, Magowie dostaną prawdziwy cios w plecy. Na twarzy Maureny pojawił się pełen mściwości uśmiech. Matko, dziś rozpocznie się nasza zemsta — z tą myślą chwyciła sztylet oburącz i wbiła go z siłą w samo serce. Wydała jęk, jednak poza tym nie pokazała ani strachu, ani bólu. W oczach miała jedynie chęć mordu. Upadła na kolana, by po chwili paść na ziemię wydając ostatnie tchnienie.

Wprost w niebo wzbił się słup czerwieni, niczym krew wypływająca z rany leżącej kobiety. Zebrani po wypowiedzeniu ostatnich słów zaklęcia podeszli do zmarłej, otaczając ją ścisłym kręgiem. Najstarsza uklękła przy Maurenie przykładając dłoń do jej coraz bardziej zimnego czoła. Energia uchodząca z kobiety pochłaniana była przez sztylet. Ciało uniosło się powoli ku niebu, po czym chwilę później rozprysło się we wszystkie strony, niczym kawałki potłuczonego lustra. Płonący sztylet zawirował w powietrzu i skierował się z impetem w dół, wbijając się w skałę, na której przed wiekami wyrzeźbiono słowa: „Aut vincere, aut mori"[2], których nawet czas nie zmazał.

***

Wiele kilometrów od miejsca śmierci Maureny, dwie niewielkie postaci zatrzymały się podczas swojej wędrówki. Wiekowa kobieta z przerażeniem spoglądała na słup czerwieni widoczny na nieboskłonie. Coraz bardziej posuwała się w latach, mimo że nie powinna się zmieniać od wieków. Osłabiała ją moc, od lat wysysająca z niej i jej podobnych energię życia. Nie obawiała się śmierci. W tej jednak chwili, poczuła wszechogarniający ją strach.

— Zaczęło się — szepnęła, owiana przerażeniem staruszka.

— Co się zaczęło babciu? — pisnęła mała, wyglądająca na kruszynkę dziewczynka, która ogromnymi oczami koloru nieba patrzyła z zafascynowaniem na otaczający ją świat.

— Wojna kochanie. Przerażająca wojna — wyszeptała kobieta z grozą przypatrując się jak świat, który myślała, że na zawsze został pogrzebany powraca, by znów zbierać swoje mordercze żniwo.

[1] Klasyczny athame jest narzędziem pochodzącym z europejskiej tradycji czarownic, wykonywanym własnoręcznie przez uzdolnionych adeptów.

[2] Albo zwyciężać, albo umierać.

Polowanie na czarownice - Tom 1 - Góra Czarownic [Zawieszone]Przeczytaj tę opowieść za DARMO!