W objęciach koszmaru

37 4 5



              Kiedy po raz pierwszy go spotkałam, byłam małą dziewczynką. Widywałam go często, gdy ktoś opowiedział mi coś strasznego, lub przez zwykłą, dziecięcą ciekawość obejrzałam fragment jakiegoś filmu grozy. Wtedy przychodził do mnie nocą, siadał na krawędzi mojego łóżka i snuł swoje wypełnione mrokiem historie, przez które moi rodzice byli zmuszeni zostawiać w moim pokoju zapalone światło na noc. Z wiekiem zdążyłam go zapamiętać, mimo iż niemal każdej nocy przybierał inną formę. Jednak kilka elementów zawsze pozostawało bez zmian. Zawsze emanował jakąś nieuzasadnioną aurą tajemniczości, grozy, a strach, jaki rozsiewał dookoła był tak gęsty i wyraźny, że niemal czułam jego smak w ustach. Bił od niego chłód i zapach wilgoci. Nieraz toczył bój ze swoim lustrzanym, odwróconym odbiciem, które za wszelką cenę starało się bronić moich nocnych wędrówek po innych światach, niczym rycerz w złotej zbroi, chroniący swoją królewnę. Zawsze tkwiłam w samym sercu tych bitew, nie mogąc tak naprawdę nic zrobić. Nie mogłam opowiedzieć się za żadną ze stron. Miałam za mało siły. Z wiekiem nauczyłam się to kontrolować. Gdy zaczęłam dorastać, nie przychodził już tak często. Przez pewien czas myślałam, że zrezygnował z nocnych wizyt, aby komuś innemu zasnuwać sny ciemnością. Ale po kilku latach wrócił. Wrócił, jednak zupełnie odmieniony...

Gdy zjawił się którejś nocy po długim czasie nieobecności, z początku go nie poznałam. Zdradziła go ta niezwykła aura, którą zawsze wyczuwałam, gdy siadał blisko mnie i próbował dotknąć, aby włamać się głębiej, dostać się do dalszych bram mojego umysłu. Nie przestraszyłam się. Wyglądał inaczej, zmienił niemal całkowicie formę. Już nie przypominał dziwnych tworów mojej wyobraźni, która pod wpływem panującego w pokoju mroku i gry cieni na ścianach tworzyła nieopisane stworzenia, mające albo kilka kończyn, albo wielkie, czerwone ślepia. Nie wydawał już dziwnych dźwięków, aby mnie wystraszyć i nie wyglądał na takiego, który bawi się w chowanie pod łóżkiem i chwytanie znienacka za moją nogę. Nie... Wyglądał inaczej. Jego postać wciąż zlewała się z ciemnością, jaka ogarniała mój pokój, ale jego rysy przypominały teraz ludzką sylwetkę. Wyraźnie widoczne, szerokie ramiona, wąskie biodra i długie nogi. Wokół głowy odznaczała się ciemna aureola. Nie dało się też nie zauważyć pary bystrych, rubinowych oczu o tajemniczym i nieprzeniknionym spojrzeniu. Nie śmiałam odezwać się pierwsza. Czekałam na jego ruch. Może odwiedził mnie tylko po to, aby sprawdzić czy wciąż o nim pamiętam?

-Zmieniłaś się..- jego głos przeniknął przez ciszę pokoju, docierając do moich uszu i pieszcząc je swoim niezwykłym i wręcz nieludzkim tonem.

-I nawzajem..- odparłam ze stoickim spokojem. Wykonał stary, dobrze mi znany gest z siadaniem na krawędzi mojego łóżka i wyciągnięciem dłoni w moim kierunku z zamiarem dotknięcia mnie. Zawahał się – tak jak we wcześniejszych latach – jednak jego palce nigdy nie zbliżyły się tak blisko. Oczekiwałam jego dalszych ruchów, dyskretnie zaciskając w dłoniach pościel. Chciałam tego. Chciałam, żeby mnie dotknął. Nadal czułam jakiś dziwny niepokój, który zawsze towarzyszył jego wizytom, ale jakaś część mnie chciała doświadczyć jego nieziemskiego, nowego dotyku. Wewnątrz mnie pojawiła się iskra, której nie potrafiłam zgasić, a która pchała mnie w jego kierunku. Był na swój sposób piękny. Mroczny, tajemniczy, po brzegi wypełniony niesamowitością, ale jednak piękny, niczym upadły anioł. Nawet nie wiedziałam, kiedy moja dłoń uniosła się z pościeli i chwyciła za jego nadgarstek, przyciągając jego palce do mojej twarzy. Poczułam chłód, zupełnie, jakby jego dłoń wykuta była z lodu. Była twarda, nieco szorstka, o hebanowym odcieniu i zimna jak stal. Chyba go zaskoczyłam. Wpatrywał się we mnie swymi oczami barwy ciemnego, wytrawnego wina aż wreszcie na jego ciemnej twarzy pojawił się blady, jakby niepewny uśmiech. Pogładził kciukiem mój policzek i zsunął dłoń niżej, przesuwając opuszkami palców po konturze mojej szczęki. Chłód jego dotyku wywoływał dreszcze, ale budził jednocześnie jakieś dziwne uczucie wewnątrz, które za nic nie chciało przestać przybierać na sile. Zdałam sobie sprawę, że podobała mi się ta aura strachu, którą wokół siebie roztaczał. Już nie czułam zapachu wilgoci. Zapach, jaki unosił się w moim pokoju przypominał zapach kurzu, starych ksiąg i czegoś znajomego, czego jednak nie potrafiłam określić. Czy wspomnienia mogą mieć zapach?

-Oczywiście, że mogą..- odezwał się. Jego głos owinął się wokół mnie, niczym ciepła, ciemna mgła, która powoli wprowadzała mnie w jakiś trans. Czułam się, jakby jego słowa były dłońmi, prowadzącymi mnie schodami w dół, w coraz odleglejsze stany słodkiej nieświadomości.

-Skąd.. wiedziałeś..? Znasz moje myśli?- spytałam cicho. Mój głos brzmiał jak echo, jakbym wpadła do głębokiej i zimnej wody, której tafla zagłuszała nawet bicie mojego serca. Jego druga dłoń wpłynęła na moją szyję, co przyniosło kolejną falę zimnych dreszczy, przebiegających w dół moich pleców.

-Wiem o tobie wszystko..- szepnął, dotykając swoim czołem mojego. Miałam wrażenie, że otaczający go mrok już nie tylko wprowadza mnie w trans, ale wręcz mnie pochłania, zamykając w swoich objęciach, jak w cienistej klatce. Drżałam. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero po chwili. Odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Gdy to zrobiłam, poraziło mnie ich spojrzenie. W jego krwistych tęczówkach odbijała się każda jego postać, jaką widywałam, gdy przychodził do mnie we wcześniejszych latach. Widziałam w nich wszystkie te karykaturalne stworzenia, jakie tworzyła moja wyobraźnia, próbująca nadać kształt moim lękom z przeszłości, a tym samym jemu. Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę w tył. Wtedy poczułam wewnątrz siebie jakiś wybuch. Czułam, jak jego ciemność wlewa się we mnie, zatapiając swoje macki w mojej duszy, przeszukując ją, błądząc wśród wszystkich elementów, które tworzyły moją osobę, moje istnienie. Mój umysł zaczął powoli tonąć w odmętach jego niezmierzonej tajemniczości, w tym nieodgadnionym i nienazwanym morzu błogiej lekkości, która zasnuwała mój wzrok ciemnym welonem z każdą kolejną sekundą. Moje dłonie opadły bezwładnie na pościel, pozwalając mu się włamać do najgłębszych zakamarków mojej duszy i umysłu.

-„Nie chcę się budzić..."- przemknęło mi przez myśl. Tak, śniłam. Teraz to rozumiałam, mimo iż mój mózg już dawno zatracił się w przewrotnym pięknie tej chwili. Z chwilą, gdy on zjawił się znów w moim pokoju, zapadłam w sen. A teraz on niemal bezkarnie wbijał się coraz mocniej w moje wspomnienia, pamięć, uczucia – wszystko, co w sobie nosiłam.

-Nie pozwolę ci się obudzić. Jesteś moja..- usłyszałam jak przez mgłę jego głos. Gdy uchyliłam powieki moje ciało zesztywniało ze strachu. Nie widziałam już smukłej, męskiej sylwetki, która wręcz mnie oczarowała, ale cienistą zjawę z gorejącymi pośrodku jej głowy czerwonymi ślepiami, wpatrującymi się we mnie z nieopisaną rządzą i głodem. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Głos ugrzązł w moim gardle, nie mając siły się wydostać. Bez namysłu odrzuciłam od siebie słodką, niemal lepką nieświadomość, która oplotła mnie ciasno za moim własnym pozwoleniem. Zacisnęłam palce na jego nadgarstkach i z całej siły odepchnęłam w tył, wydając z siebie odruchowy krzyk, a tym samym odzyskując mowę.

-Precz!- rozkazałam. –Jedyną osobą, jaka może mnie kontrolować, jestem ja sama.

-Wrócę.. niedługo..- odpowiedział. Jego głos nie brzmiał już tak pięknie. Pozostał nieludzki, ale teraz ranił uszy, wręcz grzmiał.

-Odejdź, koszmarze. Odejdź..- powiedziałam. Miałam ciężki oddech i kręciło mi się w głowie, ale starałam się panować nad wiotkimi mięśniami.

-Powrócę..- odparł, cofając się od łóżka. Jego cień, pochłonął niemal cały pokój.

-Dosyć tego..- zamknęłam oczy, a wtedy oślepił mnie blask wschodzącego słońca, wdzierającego się przez niedokładnie zasłonięte kotary w oknach. Rozejrzałam się i po uznaniu, że jestem bezpieczna, podniosłam się. W pokoju było jasno i cicho. Po koszmarze nie było śladu...

W objęciach koszmaru.Where stories live. Discover now