◀Prolog▶

641 54 23


- Proszę, Tommy. Proszę.

Wypowiedział te słowa tak cicho, tak łagodnie. Jego oczy na powrót stały się normalne. Wrócił ten prawdziwy Newt, ten którego zawsze podziwiałem. To nie możliwe. To tylko przebłyski tego jaki był kiedyś. Już nigdy nie będzie dawnym Newtem, będzie tylko gorzej.

Leżę na ziemi, a Newt siedzi na mnie okrakiem uniemożliwiając mi poruszenie się. Kiedyś to była ulica szczelnego jak forteca miasta Denver. Teraz tym miastem zawładnęli poparzeńcy tacy jak Newt... Nie, nie tacy. Z Newtem nie jest jeszcze tak źle. Jeszcze. Ale będzie. Rozwija się w nim pożoga, a ja nie mogę nic zrobić. Jedynym sposobem, aby nie oszalał jest zabicie go.
Moja dłoń z pistoletem przystawiona do czoła Newta drży, po moich polikach lecą łzy mocząc włosy obok uszu. Nie dbam o to co o mnie myśli gdy widzi jak płacze. Nienawidzi mnie. To wszystko moja wina. Nienawidzi mnie, ale nie on. Nienawidzi mnie owładnięty chorobą mózg mojego przyjaciela. Wiem to. Tam w środku jest mój Newt, sztamak ze strefy, który pierwszy wyciągnął do mnie rękę. Ale dla tego Newta jest już za późno... Mój palec napiera na spust... Nie mogę tego zrobić. Ale podjąłem już decyzję. Zaciskam powieki i liczę do trzech.

Raz...

Dwa...

Odrywam pistolet od czoła Newta i przystawiam do swojej skroni...

Trzy...

Moje uszy rozrywa przeraźliwy huk, ale żyje. Newt zerwał się z miejsca, z całych sił kopnął w moją rękę trzymającą pistolet, a kula przeleciała o kilka milimetrów od mojej głowy. Niech to szlag!

- Ty pikolony klumpie! Mnie masz zabić! Czy ty nawet tego nie potrafisz zarobić? - krzyczał, szarpiąc mnie. - Zabij mnie!

Pięść Newta zderzył się z moim polikiem po którym momentalnie rozszedł się straszliwy ból. Próbuje mnie sprowokować? Nie uda mu się to. Wolę umrzeć za niego więc jego pięści na nic się tu nie zdadzą.

Nagle rozlega się straszny huk dwóch wystrzałów... Nie! Lawrence! Newtem wstrząsnęły konwulsje. Ostatni raz spojrzał mi w oczy, a moje serce zamarło. Poczułem jak ciało Newta przeszedł wstrząs.

- Żegnaj Tommy - wypowiedziawszy te słowa zwalił się na ziemię tuż obok mnie.

- Nie, nie, nie! Newt! Spójrz na mnie ! - szloch wtargnął się do mego gardła.

Nie było krwi, ani kropelki. Tylko blada twarz Newta, nieruchome ciało i lekki, ledwo widocznie uniesione kąciki ust. Przestał cierpieć.

Ktoś złapał mnie pod pachy i zaczął ciągnąć po ziemi. Lawrence. Zacząłem się szarpać, kopać, aż udało mi się wyswobodzić. Zamachnąłem sie zdzielając go w nos. Trysnęła krew. Lawrence puścił mnie łapiąc się za twarzy. Z jego ust posypała się koronka przekleństw. Pobiegłem do Newt, rzuciłem się na na ziemię, kładąc głowę przyjaciela na swoich kolanach. Patrzyłem w jego martwą twarz. Powinienem się cieszyć że już nie cierpi, ale go zawiodłem. To ja powinienem pociągnąć za spust...

- Wstawaj pieprzony sukinkocie! - warknął Lawrence za moimi plecami - Ale już! Nic mu nie będzie!

Oniemiałem.

- Jak to nic mu nie będzie?! Zabiłeś go! - skoczyłem na równe nogi celując w głowę Lawrencea pistoletem.

- Uspokój się. To go tylko pozbawiło przytomności - powiedział spokojnie - nie strzelałem z pistoletu zresztą sam widzisz że nie na krwi.

Nie mogłem uwierzyć w to co mówił. Odwróciłem się powoli i sprawdziłem puls Newta. Bił! Newt żył.

- Musimy go stąd zabrać - oznajmiłem.

- Ty chyba sobie jaja robisz - prychnął.

- Jeśli chcesz żyć to zabierzemy go. Rozumiesz?

- Bo co zabijesz mnie? Nie jesteś w stanie tego zrobić dzieciaku -zaśmiał się sucho.

Miał rację. Nie byłem w stanie go zabić. Nie byłem w stanie zabić żadnego człowieka.

- Ale mogę zabić siebie - odrzekłem bez namysłu, przystawiając pistolet do swojej skroni. Znowu.

- Okay, okay nie szalej dzieciaku. Jesteś zbyt cenny. Zabierzemy go.

Tak też zrobiliśmy. Ułożyliśmy Newta na tylnych siedzeniach vana przypinając go pasami. Wsunąłem się obok niego kładąc jego głowę na swoje kolana.

Lawrence z pilotką wymienili spojrzenia, ale nic się nie odezwali. Ja gładziłem roztargane, brudne włosy mego przyjaciela uważając na zaczerwienione miejsca na głowie, gdzie miał wyrwane włosy wraz ze skórą. Moje serce krwawiło. Nie mogłem patrzeć na twarz Newa. Tą słodką, przystojną twarz, która uśmiechała się do mnie w Labiryncie i na pustyni. Teraz była pokryta licznymi zadrapaniami świeżymi i już przyschniętymi, ale wyrażała spokój. Nie wiem co będzie dalej. Pożogi nie da się zatrzymać. Pewnie przyjdzie taki dzień w którym będę musiał go zabić, bo stanie się niebezpieczny. Sam nie wiem czy nie lepiej gdyby był martwy... Nie. Odsuwam od siebie tę myśl. Będę z nim... to znaczy będę przy nim do końca nawet jesli by to oznaczało, że mam umrzeć z nim.

PROSZĘ, TOMMY. PROSZĘ. Przeczytaj tę opowieść za DARMO!