Część pierwsza i ostatnia

122 7 3
                                              

***

Wiatr myślą zawiał, z pędem zagarniając jasne kosmyki włosów. Krótkie dość, sporo jaśniejsze niż te, które widzę u dziewczyn w mojej szkole. Śmieszna sytuacja tej jasnowłosej - podmiotu lirycznego - jeśli potraktować to jako wiersz. Poezja ta byłaby komizmem - czarnym, nierównym, zwęglonym od ognia, który gwałtownie zgasiłam lata temu, gdy mój pseudonim zaczynał się jeszcze na K. Nie jestem już nim. Nie jestem sobą, którą byłam, ani tą, którą być chciałam. To nie ma brzmieć w sposób wysublimowany. Rzuciłam te dramatyczne maski - stąd wiemy, że wiersz o niej nie byłby antyczny. A jako iż nie mam już rycerskich zamiłowań, damy sobie też spokój z cieniem kast średniowiecznych. Mijając wieki, spoglądając w kalejdoskop przeszłych dni, jej drugim imieniem mógłby być Barok albo Romantyzm. Mistycyzm wywodów, niepokój działań, zryw podróżniczy, odrobinę skrywana, lecz wciąż uczuciowość, indywidualizm. A przede wszystkim: jasność oczu, dziecinność szelek, echo dzwoneczka na szyi, dysharmonia skarpetek. Biegnie, dyszy, sunie, śpieszy wielogatunkowość!

Wiatr niepewnym podmuchem zawiał, a jasne kosmyki rozczulająco zaczęły tworzyć ''widełki'' odstające od głowy.

Stop klatka. Nie ma w tym poezji, koniec patosu. Przecież ja nie pamiętam, czy wtedy, do cholery, wiał wiatr. Pamiętam, że byłam zirytowana, rozdrażniona, a Kwiaciarka biegła tak szybko i wytrwale, jak tylko była w stanie.

Szybki, urywany oddech. Może nawet inhalator. Wtedy pierwszy raz spojrzałam na nią inaczej.

- Dlaczego? - wyrwało mi się, nim zdążyłam pomyśleć o całej sytuacji, jaka miała miejsce między nami. - Dlaczego za mną przybiegłaś?

- Bo nie jesteś już warta mojego cienia.

***

Dwa lata później

Kwiaciarka stała na balkonie, paląc grubego papierosa. Na włosach nie miała już wianka, ale to nie czyniło żadnej różnicy - akurat w tym momencie nie musiała dbać o wyglądanie reprezentacyjnie. Czy była zniecierpliwiona? Może speszona lub zła, że autor wiersza o niej - nieśmiało zgarniam zaszczyty, chociaż to przecież nie wiersz, nie, to zbitek słów nieokrzesanych, nie, nie, mnogość znaków przystankowych i to, co czarną plamą między nimi - może zatrwożona lub kompletnie obojętna, Kwiaciarka targnięta SPOKOJEM I BEZINTERESOWNOŚCIĄ, że ja, że dziś, że wieczorem, że chcę spotkać się z nią.

***

Ależ zapewniam, że to całkiem w porządku. Mogę się zezłościć, bo przecież się spóźniła, a ja cholernie, niewyobrażalnie, nad wyraz, potwornie, kolosalnie czekać nienawidzę. Może nie raz i nie dwa dumę moją spękaną uraziła, ale to obłędnie, bo niecierpliwie czekałam na jakiś cios.

Od dawien dawna męczyło mnie ZADOŚĆUCZYNIENIE. Jak słowem operować, ile zaczekać, by czekaniem się nasycić, napoić, czy sens jest spróbować odbudować coś, czego sprecyzować niepodobna; naprawić cokolwiek lub chociaż zdmuchnąć choć cień bałaganu?

Na potrzeby historii załóżmy, że jestem wiecznym Piotrusiem Panem.

I wtedy jako niegasnące dziecko - czekałam. A i owszem! O to przecież nie jest tak trudno. Czekałam aż w końcu dopadło mnie to, co uczyniłam w liczbie niezgrabnej: trzy. Najwyżej śmiać się mogę, karma bywa rozczulająca!

Brak tu konkretów, wiem. Ale uwierz, nie mogę  ofiarować żadnych szczegółów. Jestem tu cieniem wyobrażeń. W końcu to opowiadanie o NIEJ.

Słodko-gorzkie jest wybaczanie. Kiedyś miałam manię nadawania każdemu zjawisku, odczuciu jakiegoś koloru - jak gdyby to sprawiało, że rozumiem je lepiej! Nie przeczę, bynajmniej, przecież może tak było. Obecnie jednak czuję się kompletnie wyprana z tych wszystkich pojęć. Ale to jeszcze nie ta scena. Jeszcze nie teraz, ale w przyszłości - ona nauczy mnie wybaczania. Nie proszę o oklaski. Teraz ważna jest cisza i dźwięczne echo, jakie dzwoneczek wydaje przy każdym jej kroku.

***

- Bo widzisz, ja nie chowam już urazy. Odizolowałam się od tego, mogę spotkać się z tobą zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Nauczyłam się dystansu do tego wszystkiego, bo tak żyję się łatwiej.

Jej ramiona są ciepłe i spokojne - takie, jak być powinny. To we mnie w tej chwili więcej było rozedrgania, tęsknot nieokrzesanych, pozaciskanych pięści.

- Bawią mnie twoje tiki nerwowe, Piotrusiu Panie.

- Całkiem zabawnie się ułożyło. Miałaś zrywać piękne kwiaty, a potem ich barwy przelewać na kartki! Ja chciałam współtworzyć finezyjność z należytą maestrią - bawić się słowami, być ich władcą, nie pierwszym-lepszym pismakiem. Czuję się teraz zjednana do słów, których nigdy Ci nie powiem, bo jestem cieniem, a ty wciąż palisz papierosa na balkonie. Wyimaginowana ta nasza rozmowa-ale-nie-rozmowa. Dyskusja myślowa. Szepty liryczne z koryfeuszem kwiatów. Wyrzuciłam z siebie przeprosiny, przebolałam żałość, wystukałam nędzę, ale problem tkwi głębiej. Śni mi się po nocach jak biegniesz za mną - cieniem cienia, a ja nie mam dla ciebie kompletnie nic. Bo czy teraz zechcesz w ogóle cokolwiek ode mnie przyjać?

***

Niezrozumiała, nadęta, nieśmiała, wymięta.

Twoja witalność nachodzi na moje zdrętwienie ust jak gdyby naturalne było muskanie wargami powietrza. Angażuję się w to całą sobą. Przyłączają się dłonie, nęcą palce wsuwane między jasne, najjaśniejsze kosmyki. Żwawych pociągnieć cisza, ust zachłannych artyleria; Ty i ja -oddech w oddech.

***

Siedziałaś w moim samochodzie z łokciem poza oknem. Spokojnie zmieniałam biegi, co jakiś czas rzucając niezobowiązujące zerknięcie w kierunku twojej osoby. Wpółprzymknięte oczy nieustannie przypominały mi kilka głupich, przeszłych dni.

Dodałam gazu, podgłaszając jakąś smutną balladę, którą śpiewałaś, śmiejąc się w głos z paradoksu zaistniałej sytuacji. Oto ty - kwiecista mość - w marnym, obdrapanym, granatowym pojeździe osoby, którą nienawidzić z przyzwoitości by wypadało. A jednak byłaś tam wśród oparów depresji, dłoni oddalonych i relacji przerwanych.

***

Gdybym zmieniła zdanie i Kwiaciarka miałaby być sztuką, zamieniłabym ją w balladę o czarnym kocie. Stworzonka te same w sobie od dawien dawna były czczone - pierwsze wzmianki pochodzą ze Starożytnego Egiptu. Według dawnych wierzeń, koty były otoczone chlubą jak bogowie, ale wspominam o tym nie dlatego, bo jest wzorem ponad wzory (bo nie jest; pije cydr litrami i bywa wulgarna), a z powodu kompletnego usunięcia tego schematu z możliwych interpretacji.

Mam na myśli indywiduum, miękkie włosy, zamiłowanie do wędrówek. Takim dachowcem jest Kwiaciarka.

Wiatr znów zawiał, ale bez zbędnych metafor i porównań - jej włosy pozostały nieruchome, tak samo jak twarz skierowana wprost w moją. Było już wystarczająco ciemno, bym zaczęła odczuwać niczym niewytłumaczalny niepokój. Czy Kwiaciarka mogłaby przypominać Dzwoneczka?

- O czym myślisz?

- Nie teraz. Tym razem nie powiem.

Przepraszam.

Zrywa kwiaty i serca [one shot]Where stories live. Discover now