Prolog

71 9 4

- Wspomnienia. Duszą cię, nacierając z każdej strony świata. Niczym nóż przecinają płótno twojego umysłu. Musisz się ich pozbyć. Popatrz, są odłamkami wbitymi w twój mózg. Lustro się zbiło, już go nie posklejasz, więc pokaż im... Pokaż wszystko!
    Światło oślepiło mnie, kiedy uniosłam wzrok. Chciałam zacisnąć dłonie w pięści, ale moja ręka leżała bezwładnie na marmurowym stole. Czułam pod sobą jego zimną teksturę, twardość i stabilność.
   Spróbowałam jeszcze raz spojrzeć na coś odmiennego niż to przerażające, oślepiające światło. Co dziwne, wokół mnie nie było niczego innego. Zamknęłam oczy, by się przed nim obronić, ale to nic nie dało. Starożytna, nieokiełznana moc przedarła się z łatwością przez ochronę mojej powieki i wbiła w styrany mózg. Dezorientacja sięgnęła zenitu. Nie wiedziałam, co się działo ani gdzie się znajdowałam, co bynajmniej nie budowało mojej pewności siebie.
   Światłość wraz ze swoją potęgą rozszarpywała mój mózg w poszukiwaniu wspomnień, odpowiedzi. Coś w mojej głowie wrzeszczało, bym dała im to, czego chcieli. Im. Tak, dziwny blask nie pojawił się znikąd. Ktoś nim władał i skierował go wprost na mnie niczym reflektory na aktora. Powinnam czuć się wyróżniona?
    Z całej siły krzyczałam. Klęłam, zaklinałam, darłam się w niebogłosy, jednak nikt nie mógł tego usłyszeć. Moje usta były bowiem zamknięte, splecione niewidzialną nicią, niepozwalającą mi chociażby pisnąć ze strachu.
- Pokaż im! Pokaż im! Wyjaw wszystko! - Głos w mojej głowie nie chciał się uciszyć.
    Miałam szczerą ochotę dźgnąć go ołówkiem w oko, o ile głosy mają oczy. Im bardziej nalegał, tym większego nabierałam przeświadczenia, że każda tajemnica mego umysłu powinna zostać nieodkryta. Dlatego też stworzyłam sejf, gdzie zmieściły się wszystkie, zamknęłam go na klucz, po czym schowałam w odmętach świadomości.
    Nagle stół, na którym leżałam, zrobił się wręcz lodowaty, a światło przybrało na sile. Wpadało do mojej głowy i przeszukiwało każdy jej zakamarek. Szukali odpowiedzi. Szukali sedna, wskazówki, skarbu. Nie mogłam go oddać. Nie, chociaż ten upierdliwy głos tak bardzo tego pragnął.
    Tak szybko jak moc światła mnie pochłonęła, tak prędko poczułam ból. Zdziwiła mnie jego obecność, lecz przyjęłam go z ulgą. Wcześniej czułam tylko chłód marmuru, na którym spoczywałam. Ból był dobry. Przypominał, równocześnie pozwalając zapomnieć.
    Chcieli mnie nim złamać. Rozchodził się po całym moim ciele i trawił komórkę po komórce. Palił ogniem i topił wodą. Rozrywał mnie na cząsteczki, chcąc skrócić ich poszukiwania. Na marne. Skorupa wokół sejfu była zbyt twarda, mogli pozbierać tylko to, co znalazło się wokół. Nie potrafiłam ochronić wszystkiego, więc zobaczyli część z tych okropieństw, które się wydarzyły.
    Ból rozdzierał mnie i konsumował moje cierpienie w każdej sekundzie, kiedy uwalniałam jedno ze wspomnień.
    Zimny wiatr szarpał moim fioletowym szalikiem. Przytrzymałam czapkę z pomponem, która prawie zleciała mi z głowy. Śnieg skrzypiał przy każdym kroku, gdy przedzierałam się przez las. Jego płatki zatrzymały się na moich włosach, które łaskotały delikatną skórę mojej brody. Omijałam drzewo za drzewem, przytrzymując się co jakiś czas kory. Byłam pewna, że palce u stóp mi odmarzły, a następne w kolejce znajdowały się uszy, zapewne już czerwone z zimna. Chłód przejmował moje ciało, ale nie stanowił dużej przeszkody. Wystarczyło go ignorować, a nie doskwierał tak bardzo.
Gdy zadarłam głowę do góry, noc okazała się gwiaździsta. Lubiłam patrzeć w te migoczące punkty na niebie. Było w nich coś magicznego, co przyciągało mój rozbiegany wzrok.
   Mogłabym tak stać i obserwować gwiazdy, jednak usłyszałam szmery rozmów i echo śpiewów. Mój cel. Uśmiechnęłam się, ukazując rządek zębów. Szybko jak lis przemierzałam resztę drogi, aż w końcu ukazał mi się cudowny widok. Ludzie siedzieli na kocach wokół ogniska. Kolorowe opakowania po słodyczach odbijały czerwoną poświatę promyków ognia. W powietrzu unosił się zapach palonego drewna i alkoholu. Niektórzy stali kilka kroków od wszystkich i śmiali się w swoim towarzystwie, a ich młode głosy unosiły się w koronach drzew.
    Zimno straciło jakby swoje właściwości, bo zrobiło mi się niebywale gorąco. Z dzikim uśmiechem pognałam w stronę ogniska. Potykałam się i ślizgałam na śniegu, jednak ostatecznie utrzymałam równowagę do końca i usiadłam dopiero obok jednego z imprezowiczów.
- Długo ci to zajęło - zarzucił mi chłopak siedzący obok i obrzucił mnie zirytowanym spojrzeniem. - Myślałem, że będę musiał bawić się bez ciebie!
- Błagam cię, Jules, beze mnie nie ma żadnej zabawy. - Uśmiechnęłam się pyszałkowato i objęłam brata ramieniem.
   Nasze śmiechy splotły się z głosami innych świętujących. Nie było w sumie żadnego konkretnego powodu do świętowania, ale każdy jest dobry. Choćby fakt, iż zaczął się weekend.
Każda twarz, na którą spojrzałam była zaczerwieniona i wesoła. Ktoś zaczął grać na gitarze. Muzyka była skoczna, nieco niedopracowana, ale wszystkim starczyła. Większość osób podniosło się z miejsc i rozpoczęło tańce. Ruchy były trochę ograniczone przez zimowe ubrania, lecz to też okazało się błahostką.
    Jeden, dwa, trzy obroty. Przyciągnęłam do siebie brata i ściągnęłam mu z głowy czarną wełnianą czapkę. Wyrzuciłam ręce w górę i zatrzęsłam się od śmiechu. Mój wzrok powędrował w stronę zamarzniętego jeziora. Kra rozciągała się niczym lodowa kraina. Jej nierówności, wzgórki i ostre kąty przywoływały mnie do siebie. Rzuciłam okiem na chłopców, którzy przepychali się na brzegu. Ich ruchy były zamazane w ciemności, ale dobrze widziałam twarze oświetlone przez księżyc.
   Mój brat przewrócił mnie w śnieg, wyrywając mi z dłoni czapkę. Udało mi się nie wypuścić zdobyczy z ręki, jednak upadek wbrew pozorom był twardy, nieprzyjemny. Zassałam zimne powietrze raniące gardło. Miałam wrażenie, że przez mój przełyk przeszła śnieżna burza. Zakaszlałam, zrzucając z siebie brata.
   Zaczął chichotać wraz z kilkoma osobami tańczącymi wokół nas. Kiedy spojrzałam w jego rozmarzone niebieskie oczy, ujrzałam w nich odbicie ognia. Wyglądał oszałamiająco, jak prawdziwy Lodowy Król Dworu. Jego blada skóra kontrastowała z moją purpurową rękawiczką, kiedy podał mi dłoń i pomógł wstać.
- To było niemiłe.
- Och, moja mała siostrzyczko, dla ciebie zawsze będę tak wredny i niemiły jak tylko pozwoli mi moje sumienie. - Głos Juliana przesiąkł charakterystycznym dla niego chłodem, jednak na ustach majaczył ciepły uśmiech. - Myślałem, że nauczyłaś się tego po czternastu latach życia ze mną.
- Bez wątpienia.
    Podniosłam się i otrzepałam pupę. Moje spodnie przemokły i chłodziły skórę nóg. Zadrżałam.
- No, już! Oddaj mi czapkę i tańczmy dalej.
   Tak też zrobiłam. Wcisnęłam mu w dłonie czapkę i wróciłam do beztroskiego podrygiwania. Przysunęłam się bliżej ogniska, by ogrzało moje zmarzniete ciało. Płomienie trzaskały, wyrzucając w górę mnóstwo iskier, które tańczyły na wietrze i chowały się w nicości zanim ich blask dosięgnął ziemi.
    Dzikość zawładnęła moim ciałem. Zamknęłam oczy, kiedy dołączyli do nas znajomi Juliana. Ktoś położył dłonie na mojej talii. Były duże, prawdopodobnie męskie. Nie przeszkadzały mi, gdy bujałam się w rytm melodii. Szumiało mi w uszach, czułam na policzku oddech nieznajomego, który podszedł bliżej mnie.
- Zostaw ją. - Rozległ się nagle zimny, rozkazujący głos mojego brata.
   Otworzyłam oczy. Jules patrzył nad moim ramieniem na chłopka, który dołączył do mnie w tańcu. Zorientowałam się jak blisko mojego ciała, znajdowało się jego ciało i błyskawicznie odskoczyłam. Przy każdym szybkim oddechu widziałam obłoczki pary wokół ustach.
- Jules, wyluzuj - poprosił chłopak, przeciągając sylaby.
- Jestem wyluzowany. Po prostu zabierz łapy od mojej siostry, jeśli chcesz wrócić do domu z tyloma zębami, z iloma wyszedłeś.
- Jak tam chcesz - mruknął nieznajomy i odszedł od nas chwiejnym krokiem.
   Nie chciałam nawet wiedzieć jak wyglądał, więc się nie odwróciłam. Czekając, aż Julian się odezwie, zatrzymałam wzrok na drzewach za jego plecami. Słyszałam skowyt dzikich psów z daleka i pohukiwanie sowy. Wiatr spychał śnieg nazbierany na gałęziach, tworząc zaspy.
- Pamiętaj jaka jest zasada. Bawisz się ze mną, a nie z moimi znajomymi - odezwał się w końcu chłopak i posłał mi krzywy uśmiech.
- Pamiętam, pamiętam.
- To dobrze - mruknął i wyciągnął do mnie zimną, szorkstką dłoń. - Nie wszyscy są tacy, na jakich wyglądają.
Ból przeszył moje ciało. Wspomnienie zasnuła mgła, a zimne palce Juliana zniknęły z mojego uścisku. Pozostał tylko chłód, wrażenie, że kiedyś jego dłoń była wsunięta w moją. Trzymałam się tego przeświadczenia.
Te tajemnicze ktosie kierujące wszechobecnym światłem, nie były zadowolone z rezultatów poszukiwań. Doszli jedynie do pierwszej uliczki, gdzie zaczynało się miasto. Znaleźli dopiero pierwszą wskazówkę.
Niegdyś miałam w sobie wiele ciekawości. I może przez widok tych beztroskich twarzy lub przez przyjemne ciepło na mojej talii jakie zostawiły dłonie tego nieznajomego chłopaka... Może przez to tak bardzo chciałam odkryć jacy ci ludzie, byli naprawdę.
- Znałaś zasady, więc dlaczego ich nie przestrzegałaś? Mówiłem niejasno?!

Fetters DeathRead this story for FREE!