Czasami trzeba wybrać mniejsze zło.

332 36 20

Wojna. Smutek. Przyjaciele. Steve idąc przed siebie, nie zwracał już nawet uwagi na to, co dzieje się w okół niego. Krzyki, wystrzały, jęki rannych, nie był to dla niego obcy widok. Jednakże, bolał bardziej niż mógłby się tego spodziewać. Ocierając twarz z potu, kurzu i krwi, usłyszał rozpaczliwe wołanie, dochodzące z jednego z budynków. A raczej tego co kiedyś było budynkiem. Teraz przypominało raczej ruinę, pozbawioną szyb w oknach i szans na powrót do swojej dawnej świetności. Osłaniając się tarczą przed ciosem wymierzonym wprost w jego twarz, uderzył napastnika powalając go na ziemię. On jednak nie podniósł się, patrzył tylko na niego, przeszywając go nienawistnym spojrzeniem. Kapitan stojąc tuż nad nim, nie miał zamiaru ponownie uderzyć. Właściwie, to najchętniej pomógł by mu teraz wstać. Ale coś go blokowało. Wciąż wołało walcz ! Skończ co zacząłeś! Odwrócił się, zostawiając go zdezorientowanego na polu bitwy, która zdawała się nie mieć końca. Rozejrzał się wokół, widząc przyjaciół walczących miedzy sobą. Nieopodal leżała kobieta, w kostiumie przesiąkniętym od krwi. Resztkami sił starała się uciskać krwawiącą ranę, ale wiedziała, że kwestią minut jest kiedy jej męki się skończą. Kapitan widząc to podbiegł do niej, klękając tuż obok. Czuł jak bezradność odbiera mu resztki sił, piętrząc się niczym wezbrany strumień. Chwytając ją za rękę ona spojrzała na niego, posyłając mu lekki uśmiech. To był zaszczyt usłyszał, kiedy dziewczyna zamknęła oczy. Tak wiele chciał by jej teraz powiedzieć, przeprosić za wszystko. Kolejny dobry człowiek odszedł sprawiając, że świat stał się mroczniejszym miejscem. Jedna z wielu która oddała życie za kogoś, komu bezgranicznie ufała. Tylko, czy było warto? W tym momencie coś w nim pękło, nie mógł znieść widoku śmierci niewinnych. Dla mnie również, wyszeptał wypuszczając jej dłoń z uścisku i po raz ostatni spoglądając na jej twarz. Nie było nawet czasu, na zabranie jej stamtąd, było ich tak wielu. Tylu poległych. Czuł, że nigdy sobie tego nie wybaczy. Przedzierając się przez walczący tłum, raz po raz odpierał ataki powalając przeciwników. Niegdyś przyjaciół, z którymi walczył w ramię w ramię. Znów słysząc wołanie skierował się w stronę budynku, stojącego parę metrów naprzeciw niego. Wchodząc do środka zauważył chłopca, opierającego się o parapet i obserwującego przebieg walki. Wydawał mu się bardzo znajomy. I gdy tylko był tuż za nim, chłopak odwrócił się ukazują jego samego. Nie był Kapitanem Ameryką, lecz cherlawym blondynem niskiego wzrostu. Który z nieodgadnionym wyrazem twarzy, wpatrywał się w niego. Halucynacja, powstała przez zmęczenie doskwierające mu od wielu dni. Czy może raczej wyrzut sumienia? Nie wiedział. Choć starał się o tym teraz nie myśleć. Czy tak to musiało się skończyć? Usłyszał głos, jakby był utkwiony gdzieś w jego podświadomości. Podchodząc do okna, także oparł się o parapet, stając tuż obok blondyna. Miałeś być nadzieją dla ludzi. A nie sprawcą ich podziału. Milczał. Bo w sumie co jeszcze mógłby dodać. Miał racje. Kapitanie jesteś tam jeszcze? Dodał chłopak, wręcz wwiercając się wzrokiem, w zmęczoną twarz Kapitana. Lecz on nadal milczał, patrząc na sceny walk toczących się na zewnątrz. Nic nie cofnie już czasu, wypowiedział szeptem, wciąż spoglądając przez okno. Jakby nic innego, nie miało znaczenia. Wciąż możesz jeszcze to przerwać. Chyba czas najwyższy, abyś dopuścił mnie do głosu. Nie idź tam jako żołnierz doskonały, ale jako prosty chłopak z Brooklyn'u. Zrób to co powinieneś zrobić już dawno. Kapitan jeszcze przez chwilę dumając nad tym, co powiedział mu chłopak, westchnął wpatrując się w tarczę opartą o ścianę. Odwracając się z powrotem w stronę chłopaka, ten zniknął, zostawiając go sam na sam z myślami. Biorąc tarczę skierował się w stronę drzwi, zamykając je za sobą. Szybkim krokiem ruszył w kierunku ogromnego placu, gdzie właśnie trwał jeden z najpotworniejszych konfliktów, jakim jest wojna domowa. Po raz pierwszy od dłuższego czasu, dokładnie wiedział co robić. Czując jak ktoś chwyta go za ramię, odwrócił się widząc Bucky'ego. Strużka krwi płynęła z jego skroni, zostawiając czerwony szlak zdobiący jego policzek, a kosmyki włosów opadły mu na czoło, nachodząc na przepełnione obawą oczy. Steve poczuł ulgę, widząc go całego i zdrowego. 

Czasami trzeba wybrać mniejsze zło. - ★CIVIL WAR★Przeczytaj tę opowieść za DARMO!