0. Początek końcem

149 19 14

    Biegnąc, ile sił w nogach, nie pozwolić się dogonić. Nie tym razem, tym razem mu się to nie uda. Tym razem, ani nigdy więcej. Udowodni, że jeste od niego lepsza. Jest i będzie, już na zawsze. Na zawsze.

    Czas roztopów nastał, pierwsze promienie wiosny dosięgły rolniczą wioskę, pobudzając przebiśniegi do życia, a dziatwę do harców. Złotowłosa dziewczynka gnała przez ośnieżone wzgórza. Jej czerwona sukienka, jak krew, kontrastowała z białym puchem, a wielkie, czarne kalosze pozostawały błotne ślady. Nie widziała ani zieleni traw, powoli wyłaniającej się z mroźnej kołderki, ani różnorodnych zwierząt, które raz po razie budziły się ze swojego snu. Widziała tylko drogę, a raczej wąską ścieżkę prowadzącą do jej ulubionego jeziora, przy którym zawsze było pełno życia. Gdy nie myślała o swoim zmęczeniu lub o wyścigu jej świadomość uciekała do celu gonitwy. Zastanawiała się, czy jezioro uwolniło się z lodowego więzienia, czy może ktoś już przybył na jego brzeg i czy huśtawka, zawieszona o gałąź jednego z tamtejszych drzew, jest jeszcze cała. Jednak, gdy spostrzegła, że jej rówieśnik niebezpiecznie się zbliża, odrzuciła fantazje i przyspieszyła, na tyle, na ile potrafiła. Co chwilę zerkała w tył na konkurenta, który pomimo ogromnego wysiłku dziewczynki stopniowo zmniejszał dystans ich dzielący. Tracąc wiarę w siebie, blondynka poczuła narastające zmęczenie, brakowało jej tchu, opadała z sił. Ze łzami w oczach, nadal biegnąc, ujrzała białą huśtawkę, dosyć zniszczoną, starą, pokrytą topniejącym śniegiem. Coś wkradło się w jej serce, ukuło jak pojedyncza igła, niczym światło w tunelu, do dziecka powróciła nowa energia, a była to zasługa jednej z najpotężniejszych sił na ziemi – nadziei. Czerwona sukienka powiewała jak flaga na królewskim zamku. Dziewczynka biegła tak, jak jeszcze nigdy; nie czuła nóg, a jednak jej prędkość wzrastała ponad dotychczasowe granice wytrzymałości. Nie zwalniała nawet mijając huśtawkę. Biegła.

    – Stój! – Gwałtowny krzyk przedarł się przez szum wiatru. Złotowłosa stanęła i gładko się obróciła. Spojrzała na kolegę, szczerząc szeroko zęby. – Pierwsza. – Dumnie się zaśmiała. Jednak szybko nabrała powagi. Na twarzy konkurenta zamiast zobaczyć zawiść, złość, zazdrość, ujrzała strach. Pomimo wysiłku, jego lico objęła trupia bladość. Dziewczynka była skołowana, a niewiedza o zagrożeniu wywołała w niej wręcz panikę, którą próbowała powstrzymać. Chociaż była bardzo młoda, wiedziała, że w takich sytuacjach należy się słuchać starszych i mądrzejszych, a jej rówieśnik, urodzony cztery miesiące wcześniej, często wykazywał się rozwagą ponad wiek. Chłopiec spojrzał w dół, jakby patrząc na te węglane kalosze, dając do zrozumienia, że i dziewczynka powinna to zrobić. Jej różnobarwne oczy ukazały widok, który zabolał ją tak, jak jeszcze nic. To co kochała, co było centrum najpiękniejszych wspomnień, przed czym jakiś czas temu ostrzegała ją mama i odnośnie czego odrzucała, każdą przestrogę, ufając w pełni temu miejscu – naturze – w tej właśnie chwili, w chwili swojego zwycięstwa, ten stały punkt w kosmosie, najpiękniejszy, najważniejszy, wieczny, zdradził ją.

    Pajęczyna rozchodziła się po cienkiej warstwie lodu. Dziecko znieruchomiało. Chłopiec, który stał bezpiecznie na brzegu, wpatrywał się w postać w czerwonej sukience. Wiedział, że sama nic nie zrobi, potrzebowała pomocy, pomocy, której on także pragną, jak nigdy. Jego duma i przekonanie o swojej samowystarczalności, odeszło w niepamięć, pragną ujrzeć za plecami, kogoś starszego, doświadczonego, osobę gotową wkroczyć na ten lód, by uratować tę bezbronną dziewczynkę. Jednak nikt nie przychodził. Kolorowe oczy przechwyciły jego spojrzenie. Odpowiedzialność. Tak, odpowiedzialność, pobudziła go do działania. Prędko odszukał złamaną gałąź, która w czasach letnich służyła mu jako zabawkowy miecz. Zdjął huśtawkę, odseparował sznurki od kawałka drewna i przywiązał związane liny do najbliższego drzewa. Opasał się nimi, umiejscowił deskę na lodzie i trzymając patyk w garści, niczym rycerz lance, delikatnie się na niej położył. Powoli przesuwał się w stronę dziewczynki, która zaczęła się chylić, aż kucnęła.

    – Łap! – krzyknął do złotowłosej, podając jej koniec dębowej gałęzi. Mocno ją chwyciła, jakby jedyną szansę na odebranie nożyc Mojrom, bo tak naprawdę było. Gdy jej białe paluszki oplotły drewno, chłopiec pokiwał głową i lekko się uśmiechnął, dodając otuchy i dziewczynce, i sobie – widząc jej śliczną, rozpogadzającął się buzię. Ten delikatny gest, niczym gorący napar, ogrzał dzieci od środka, ofiarował im nadzieję, iż wyjdą z tego cało. Jak dźwięk hymnu dla patrioty bez państwa, jak bicie serca najbliższej nam osoby, jak blask słońca po miesiącach mrozu, jak słowo, gest, myśl, uspokoiło ich w jednej chwili.

Planeta bogówRead this story for FREE!